— Wszystko, panie hrabio — odparł major, przełykając biszkopt. — Absolutnie wszystko.

— I tylko jednej rzeczy brakowało panu do szczęścia?

— Tylko jednej — powtórzył Toskańczyk.

— Aby się odnalazł pański syn?

— Ach! — rzekł major, biorąc drugi biszkopt. — Tak, bardzo mi go brakowało.

Zacny Toskańczyk wzniósł oczy do nieba i spróbował westchnąć.

— A teraz, kochany panie Cavalcanti, jak to było z tym nieodżałowanym synem? — zagadnął Monte Christo — Mówiono mi bowiem, że pan jesteś kawalerem?

— Tak myślano — wybąkał major. — A ja sam...

— Tak, pan sam nawet potwierdzałeś te pogłoski. Chciał pan zataić przed światem grzech młodości.

Toskańczyk wyprostował się, przybrał minę spokojną i pełną godności, tak godną, jak się tylko dało, spuszczając przy tym jak najskromniej oczy, czy to dlatego, by nie stracić na kontenansie, czy po to, aby dopomóc swojej imaginacji. Jednocześnie cały czas popatrywał na hrabiego, który swoim charakterystycznym uśmiechem objawiał wciąż tę samą życzliwą ciekawość.