— Nie inaczej, panie hrabio. Chciałem ten błąd ukryć przed wszystkimi.
— I to nie przez wzgląd na siebie, bo mężczyzna jest ponad tymi drobiazgami.
— O, nie, nie przez wzgląd na siebie, oczywiście — rzekł major, kiwając z uśmiechem głową.
— Chodziło o matkę dziecięcia.
— Tak, o jego matkę! — zawołał Toskańczyk, biorąc trzeci biszkopt. — O jego biedną matkę!
— Niech pan pije, drogi panie Cavalcanti — tu Monte Christo nalał mu drugą szklankę alicante. — Aż dławi pana wzruszenie.
— O jego matkę! — szepnął Toskańczyk, badając, czy siłą woli nie zdołałby wycisnąć z gruczołów łzowych choć jednej fałszywej łzy.
— Pochodziła podobno z jednej z najświetniejszych włoskich rodzin?
— Patrycjuszka z Fiesole, panie hrabio, patrycjuszka z Fiesole!
— Jak się nazywała?