— Hmm — odchrząknął major.

— Może ktoś panu coś niedyskretnie powiedział albo po prostu sam pan odgadł, że on tu jest.

— Kto?

— Pańskie dziecko, pański syn, Andrea.

— Tak, domyśliłem się tego — rzekł Toskańczyk z doskonałą flegmą. — Naprawdę tu jest?

— Tak — rzekł Monte Christo. — Lokaj, który tu był, dał mi właśnie znak, że już przybył.

— Ach, to cudownie, cudownie — powtarzał major, dociskając szamerowania czamarki.

— Drogi panie, pojmuję twoje wzruszenie, trzeba ci dać czas, abyś ochłonął. Chcę także przygotować naszego młodego człowieka do tak upragnionego spotkania. Na pewno niecierpliwi się nie mniej niż pan.

— O, na pewno.

— A więc za jakiś kwadransik wrócimy tu do pana.