— A więc przyprowadzisz go pan do mnie? Okażesz aż tyle dobroci, by mi go sam przedstawić?

— Nie, nie mam zamiaru stawać między ojcem i synem. Zostawię was samych, panie majorze. Ale proszę się nie martwić, gdyby głos krwi zamilkł na chwilę, nie pomyli się pan. Wejdzie tymi drzwiami. To piękny blondyn, może trochę zanadto jasny, o ujmujących manierach, zobaczy pan.

— A propos — odezwał się major — wie pan, że miałem ze sobą tylko dwa tysiące franków, które przekazał mi ksiądz Busoni. Wydałem sporo na podróż i...

— Potrzeba panu pieniędzy... Nic oczywistszego, panie Cavalcanti. Proszę, osiem tysięcy franków akonto.

Oczy majora zabłysły jak karbunkuły.

— Winien jestem panu jeszcze czterdzieści tysięcy franków — rzekł Monte Christo.

— Czy dać ekscelencji pokwitowanie? — spytał major, chowając banknoty do wewnętrznej kieszonki czamary.

— A po co?

— Żeby miał pan hrabia dowód dla księdza Busoni.

— No, to dasz pan pokwitowanie na całą sumę, kiedy już dostaniesz pozostałe czterdzieści tysięcy. Pomiędzy ludźmi uczciwymi niepotrzebne są takie środki ostrożności.