— Tak, Maksymilianie — rzekła melancholijnie Valentine — wybrałeś sobie nie najlepszą kochankę. Biedaku, na jakie życie cię narażam, a ty przecież tak zasługujesz na szczęście! Uwierz, gorzko to sobie wyrzucam.
— Miła moja, nie martw się tym, ja i tak jestem szczęśliwy. To ciągłe oczekiwanie wynagradza mi, że cię widzę przez pięć minut, że powiesz do mnie parę słów. Wynagradza mi to głębokie, niezmienne przekonanie, że Bóg nie stworzył jeszcze dwóch serc, które by tak do siebie pasowały i że nie po to nas połączył, aby nas potem rozłączyć.
— Dziękuję, wierz w to za nas oboje, kochany. Czuję się w połowie szczęśliwa.
— A co się stało, że musisz tak szybko uciekać?
— Nie wiem; macocha kazała mi wstąpić do siebie, chce mi powiedzieć coś o moim majątku. Dobry Boże! Niech sobie wezmą ten mój majątek, i tak jestem zbyt bogata, niech mi tylko zostawią spokój i wolność. Przecież kochałbyś mnie tak samo, gdybym była biedna, prawda?
— O, ja cię zawsze będę kochał. Byleby tylko moja Valentine była przy mnie i bylebym miał pewność, że nikt mi jej nie zabierze, reszta jest nieważna! Ale czy ona ci aby nie chce powiedzieć czegoś nowego o twoim ślubie?
— Nie sądzę.
— Ale posłuchaj, najdroższa i nie bój się, bo póki tylko będę żyć, nie spojrzę na inną kobietę...
— Myślisz, Maksymilianie, że uspokajasz mnie, mówiąc w taki sposób?
— Daruj, masz rację, brutal ze mnie. No więc chciałem ci powiedzieć, że spotkałem się ostatnio z panem de Morcerf.