— No bo w końcu, jeśli żywi taką niechęć do tego mariażu, że gotowa byłaby go zerwać, może wysłuchałaby przychylnie innych oświadczyn.
— Nie łudź się. Nie chodzi jej o osobę męża, ona po prostu nie chce, bym wyszła za mąż.
— Jak to? Jeżeli do tego stopnia nie cierpi małżeństwa, dlaczego sama wyszła za mąż?
— Nie rozumiesz mnie. Rok temu, kiedy mówiłam, że chętnie wstąpiłabym do klasztoru, macocha wysunęła parę zastrzeżeń — bo powinna była to zrobić — ale przyjęła mój pomysł z radością. Nawet mój ojciec na to przystał, na pewno za jej podszeptem. Powstrzymywał mnie przed tym tylko mój biedny dziadek. Maksymilianie, nie wyobrażasz sobie nawet, ile potrafi wyrazić wzrok staruszka, który na całym świecie tylko mnie kocha i — Boże, wybacz, jeśli to bluźnierstwo — którego tylko ja kocham. Gdybyś wiedział, jak spojrzał na mnie, gdy się dowiedział o tym zamiarze, ile w tym wzroku było wyrzutu, ile rozpaczy wyrażały łzy, które popłynęły mu po nieruchomej twarzy! O, kochany, poczułam straszne wyrzuty sumienia, rzuciłam mu się do kolan i zawołałam: „przebacz, przebacz, dziadziu! Niech robią ze mną, co chcą, nigdy cię nie opuszczę”. I wtedy wzniósł oczy do nieba... Maksymilianie, wiele mogę wycierpieć; to spojrzenie dziadka z góry wynagrodziło mi wszystkie cierpienia.
— Valentine, jesteś aniołem! Ale powiedz mi, jaką korzyść odniosłaby pani de Villefort, gdybyś została starą panną?
— Przecież mówiłam przed chwilą, nie słyszałeś, Maksymilianie? że jestem bogata, a nawet zbyt bogata. Mam po matce blisko pięćdziesiąt tysięcy renty, dziadkowie de Saint-Méran zostawią mi pewnie drugie tyle, dziadek Noirtier wyraźnie chce, abym była jego jedyną spadkobierczynią. W porównaniu ze mną mój braciszek, który po pani de Villefort nie odziedziczy żadnego majątku, jest biedny. A macocha uwielbia to dziecko! Gdybym wstąpiła do klasztoru, cała scheda, która przypadłaby po dziadkach de Saint-Méran i po mnie mojemu ojcu, przeszłaby ostatecznie na jej syna.
— Przedziwna chciwość w takiej młodej, ładnej kobiecie!
— Zauważ, że pragnie tego nie dla siebie, ale dla synka. To, co jej wyrzucasz, z punktu widzenia miłości macierzyńskiej jest niemal cnotą.
— Najdroższa, a gdybyś ofiarowała braciszkowi część majątku?
— Tylko jak coś takiego zaproponować, i to kobiecie, która bez przerwy mówi o bezinteresowności?