— A to dlaczego?

— Bo tym sposobem jestem wolny od wszelkiej odpowiedzialności. Jestem po prostu machiną i niczym więcej; bylebym funkcjonował, to nic mi nikt nie powie.

„Do diabła — pomyślał Monte Christo — czy aby nie trafiłem na człowieka pozbawionego ambicji? O, to byłby dopiero pech”.

— Proszę pana — rzekł ogrodnik, spojrzawszy na zegar — już się prawie kończy te dziesięć minut, muszę wracać na stanowisko. Może zechcesz pan pójść ze mną?

Monte Christo wszedł do wieży. Miała ona trzy kondygnacje. Na parterze stały pod ścianami narzędzia rolnicze: motyki, grabie, konewki — nic poza tym tu nie było.

Na drugiej kondygnacji telegrafista mieszkał, a raczej nocował. Umeblowanie było skromne: łóżko, stół, dwa krzesła, kamionkowa misa na wodę; pod sufitem wisiały pęczki ziół — hrabia rozpoznał groszek pachnący i niełuskaną fasolkę; poczciwiec zaopatrzył każdy pęczek w etykietkę tak skrupulatnie, jakby był głównym botanikiem w paryskim Ogrodzie Botanicznym.

— Długo trzeba się uczyć pańskiego zawodu? — zapytał Monte Christo.

— Nie, ale długo się czeka, zanim dostanie się posadę na stacji.

— A pensja ile wynosi?

— Tysiąc franków na rok, proszę pana.