— Tak, ale...
— Będzie miał pan za to wspaniałe brzoskwinie i inne rzeczy.
Marchewka zadziałała.
Policzki płonęły poczciwcowi jak w gorączce, pocił się jak mysz — ale nadał jeden po drugim sygnały podane przez hrabiego, mimo rozpaczliwych sygnałów ze strony kolegi z prawej, który nie rozumiejąc, co się dzieje, zaczynał przypuszczać, że hodowca brzoskwiń oszalał.
Telegrafista zaś z lewej posłał dalej jak najwierniej te same znaki — aż doszły do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
— A teraz jesteś pan bogaty — odezwał się Monte Christo.
— Tak, ale za jaką cenę!
— Posłuchaj, przyjacielu — rzekł Monte Christo. — Nie chciałbym, abyś miał wyrzuty sumienia. Uwierz mi, przysięgam, że nikomu nie wyrządziłeś krzywdy, a tylko pomogłeś w spełnieniu bożych zamysłów.
Urzędnik przyglądał się banknotom, dotykał ich, liczył; to bladł, to czerwieniał; na koniec rzucił się do swojego pokoju, aby napić się wody. Nim jednak dotarł do misy, zemdlał wśród swoich grochowin.
Pięć minut po tym, jak do ministerstwa dotarła telegrafem ta wiadomość, Debray kazał zaprząc do powozu i popędził do państwa Danglars.