— Nie wiem, czy to wino z Chios tak skłania do melancholii — rzekł Debray — ale cały dom widzę w jakichś ponurych barwach.
Od chwili, gdy wspomniano o posagu Valentine, Morrel chodził smutny i nic nie mówił.
— Proszę sobie wyobrazić — ciągnął Monte Christo — jak wśród ciemnej, burzliwej nocy jakiś Otello albo ksiądz de Ganges schodzi krok po kroku po tych schodach, niosąc jakieś straszne zawiniątko, chcąc je ukryć czym prędzej przed okiem ludzkim, jeśli już nie przed okiem Boga...
Pani Danglars zasłabła na ramieniu Villeforta, który musiał się aż oprzeć o ścianę.
— O Boże, co się pani stało? — zawołał Debray. — Jak pani pobladłaś!
— Co jej jest? — rzekła pani de Villefort. — Ależ to proste. Pan hrabia de Monte Christo opowiada nam straszliwe historie, abyśmy poumierali ze strachu i pani baronowa się przeraziła.
— Oczywiście — przytaknął Villefort. — Oj, hrabio, naprawdę wystraszy nam pan damy.
— Co pani jest? — powtórzył Debray szeptem swoje pytanie.
— Nic, nic — odparła z wysiłkiem — potrzeba mi tylko świeżego powietrza.
— Chce pani zejść do ogrodu? — zapytał Debray, podając jej ramię i zwracając się w stronę schodów.