— Nie, nie — odpowiedziała. — Już wolę zostać tutaj.
— O, mój Boże — uśmiechnął się Monte Christo — to przecież tylko dzieło wyobraźni. Równie dobrze możemy sobie wystawić, że to była sypialnia dobrej, zacnej matki. To łóżko osłonięte purpurową kotarą nawiedziła bogini Lucina, a po tych tajemniczych schodkach, aby nie zakłócić snu krzepiącego położnicę, schodzi po cichu lekarz albo mamka, a może sam ojciec, niosąc śpiące dziecko?...
Ale ten pogodny obraz bynajmniej nie uspokoił pani Danglars — jęknęła i zemdlała naprawdę.
— Pani Danglars zasłabła — wyjąkał Villefort. — Może by ją zanieść do powozu?
— O Boże! — zawołał Monte Christo. — Nie mam ze sobą flakonika!
— Ale ja mam — rzekła pani de Villefort.
I podała hrabiemu flakonik napełniony czerwonym płynem, podobnym zupełnie do tego, który tak dobrze podziałał na Edwardka.
— A! — zdziwił się i wziął z rąk pani de Villefort flakonik.
— Tak — szepnęła — spróbowałam zastosować pański przepis.
— I udało się?