— O, właśnie — odezwał się Monte Christo i tupnął w ziemię — tu, w tym miejscu, aby zasilić stare drzewa, kazałem wykopać dół i nasypać próchnicy. I gdy robotnicy zaczęli kopać, odkryli kuferek, a raczej okucia po nim. Pomiędzy nimi leżał szkielecik noworodka. To już nie jest żaden mój wymysł.
Monte Christo poczuł, jak sztywnieje ręka pani Danglars i drży ramię Villeforta.
— Noworodek? — powtórzył Debray. — Do diabła! To już poważna sprawa.
— Hm, a więc nie myliłem się — rzekł Château-Renaud — gdy utrzymywałem, że domy, jak ludzie, mają swoją duszę i oblicze, i że w ich wyglądzie odbija się ich wnętrze. Ten dom wyglądał smutno, bo miał wyrzuty sumienia, a miał te wyrzuty, bo taił zbrodnię.
— Och, ale przecież nie wiadomo, czy to była zbrodnia — odezwał się Villefort, zdobywając się na ostatni wysiłek.
— Jak to? Zakopać żywcem niemowlę w ogrodzie to nie zbrodnia? — zawołał Monte Christo. — A więc jak pan nazwie taki czyn, prokuratorze?
— Ale co nam mówi, że dziecko zostało pogrzebane żywcem?
— Ale po co by je tu grzebano, gdyby nie żyło? W tym ogrodzie nigdy nie było cmentarza.
— Jaka kara spotyka w tym kraju dzieciobójcę? — zapytał prostolinijnie major Cavalcanti.
— O Boże, po prostu ścinają takiemu łeb, i tyle! — odparł Danglars.