Andrea poganiał konia aż do ostatniego domu wsi, nie przemówiwszy ani słowem do towarzysza; a ten tymczasem uśmiechał się i milczał, jakby radowała go niezmiernie przejażdżka tak dobrym środkiem lokomocji.

Zaledwie wyjechali za Auteuil, Andrea rozejrzał się wokół, aby się upewnić, że nikt nie może ich widzieć ani podsłuchać; zatrzymał konia, skrzyżował ramiona i zawołał:

— Dlaczego chcesz zakłócać mi spokój?

— Ale dlaczego, mój chłopaczku, przestałeś mi ufać?

— Kiedy ci okazałem brak zaufania?

— Kiedy? Jeszcze pytasz? Rozstajemy się na moście w Var i mówisz mi, że wybierasz się do Piemontu i Toskanii, a ty tymczasem lądujesz w Paryżu.

— A w czym ci to przeszkadza?

— Ależ w niczym. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że mi to pomoże.

— Oho, to znaczy, że chcesz mnie pan zaszantażować.

— O, no wiesz! Takie brzydkie słowo!