— Panie Caderousse, nie uda się to panu.

— E, Boże kochany, nie gorączkuj się tak, mój mały. A przecież powinieneś wiedzieć, co to jest nieszczęście. Człowiek nieszczęśliwy staje się zazdrosny. Myślałem, że jesteś w Piemoncie albo w Toskanii, pracujesz jako tragarz albo przewodnik, i żal mi cię było z całego serca, jak własnego dziecka. Wiesz przecie, że cię zawsze nazywałem moim dzieckiem. Aż tu nagle widzę, jak przejeżdżasz przez rogatkę Bons-Hommes, w tilbury, z groomem, w ubranku jak spod igły. Coś takiego! Odkryłeś kopalnię złota, kupiłeś stanowisko agenta giełdowego czy co?

— Czyli, jak sam pan mówisz, jesteś zazdrosny.

— Ależ nie, jestem kontent, taki kontent, że chciałem ci pogratulować, mój malusi! Ale ponieważ nie byłem ubrany jak należy, zachowałem pewne środki ostrożności, aby cię nie skompromitować.

— Ładna ostrożność! Zaczepiłeś mnie pan przy służącym.

— E, a co miałem zrobić, dzieciaku? Zaczepiłem cię wtedy, kiedy mogłem. Konia masz prędkiego, powozik leciutki; a sam wyślizgujesz się jak węgorz. Gdyby mi się dziś nie udało, mógłbym cię już nigdy nie spotkać.

— Przecież widzisz pan, że się nie ukrywam.

— Masz szczęście. Chciałbym to samo powiedzieć o sobie, bo ja się niestety ukrywam, nie mówiąc o tym, że bałem się, iż możesz mnie nie rozpoznać. Ale rozpoznałeś mnie — ciągnął Caderousse ze złośliwym uśmiechem — no, to było milutkie z twojej strony.

— No, a czego panu trzeba?

— O, już mi nie mówisz na ty. Nieładnie, Benedetto, toć jesteśmy starzy kamraci. Uważaj, bo zacznę być wymagający.