Ta groźba zmniejszyła złość młodzieńca — ostudził ją powiew przymusu.

— Sam nieładnie postępujesz — rzekł — że się tak obchodzisz z dawnym towarzyszem. Jesteś marsylczykiem, a ja...

— To już wiesz, kim jesteś?

— Nie, ale wychowałem się na Korsyce. Ty jesteś stary i uparty, a ja jestem młody i uparty. Pomiędzy takimi jak my pogróżki nie doprowadzą do niczego dobrego, musimy zawrzeć jakąś ugodę. Czy to moja wina, że uśmiechnął się do mnie los, który ciebie wciąż prześladuje?

— A, to naprawdę się uśmiechnął? Nie nająłeś tego grooma ani tego powozu, ani tych ubranek? No, tym lepiej — zawołał Caderousse, a oczy zabłysły mu chciwością.

— O, dobrze o tym wiesz, skoroś mnie zaczepił — odparł Andrea, zdenerwowawszy się znowu. — Gdybym miał na głowie taką chustkę jak ty, na plecach taką szmatę, a na nogach takie dziurawe chodaki, nie zechciałbyś mnie poznać.

— I widzisz, źle o mnie myślisz, chłopaczku, a nie masz racji. Ale teraz, jak cię już znalazłem, któż mi zabroni, abym się ubrał w takie cienkie sukno, jak inni? Znam przecież twoje dobre serduszko: gdybyś miał dwa ubrania, dałbyś mi jedno. Przecie ja sam oddawałem ci moją zupę i fasolę, kiedyś był głodny.

— To prawda.

— Ależ byłeś nienażarty! Ciągle masz taki dobry apetyt?

— Pewnie, że tak — roześmiał się Andrea.