Na twarz baronowej wystąpił purpurowy rumieniec, policzki Villeforta powlekły się bladością.

— To prawda... — przyznał tak cicho, że ledwie było słychać.

— A więc co teraz? — spytała baronowa.

— Teraz już wiem, co mam robić — odpowiedział Villefort. — Nim minie tydzień, będę wiedział, kim jest pan de Monte Christo, skąd się wziął, jakie ma zamiary, i dlaczego mówi przed nami o dzieciach wykopywanych w jego ogrodzie.

Villefort wypowiedział te słowa takim tonem, że gdyby słyszał je hrabia, przejęłyby go dreszczem.

Uścisnął rękę baronowej, choć ta podała mu ją z ociąganiem i odprowadził ją z szacunkiem do drzwi.

67. Bal letni

Tego samego dnia, prawie o tej samej porze, gdy pani Danglars naradzała się z prokuratorem, podróżny kocz zajechał na dziedziniec domu nr 27 przy ulicy Helderskiej.

Drzwiczki się otwarły, wysiadła pani de Morcerf, opierając się na ramieniu syna.

Odprowadziwszy matkę do jej pokojów, Albert zamówił sobie kąpiel, każąc jednocześnie przygotować konie; przebrał się i pojechał na Pola Elizejskie do hrabiego de Monte Christo.