Hrabia powitał go swoim zwykłym uśmiechem.

Dziwna rzecz: w znajomości z hrabią nie można było posunąć się ani kroku dalej poza pewną granicę. Ci, którzy chcieli sforsować wejście do jego serca, jeśli wolno nam użyć takiego wyrażenia, napotykali na ścianę nie do przebycia.

Morcerf, który biegł ku niemu z otwartymi ramionami, opuścił je nagle i mimo przyjaznego uśmiechu u hrabiego zaledwie ośmielił mu się podać dłoń.

A Monte Christo jak zwykle jej dotknął, ale jej nie uścisnął.

— No to jestem, kochany hrabio.

— Cieszę się bardzo.

— Przyjechałem godzinę temu.

— Z Dieppe?

— Z Tréport. I odwiedzam pana jako pierwszego.

— To niezmiernie miło z pana strony — odrzekł Monte Christo takim tonem, jakby mówił zupełnie co innego.