— Dałbym za to sto tysięcy.
— No to ciesz się pan: pan Danglars dałby na ten sam cel dwa razy tyle.
— Czy to prawda, takie szczęście? — upewnił się Albert, ale jednak mimo woli lekko się zachmurzył. — Ale jakież pan Danglars ma powody?
— O, widzieliście go, pyszałka i egoistę! Brawo, znów mam przed sobą człowieka, który gotów jest porąbać siekierą cudzą miłość własną, a sam krzyczy, kiedy go kto szpilką draśnie.
— Ależ nie! Tylko zdaje mi się, że pan Danglars...
— Powinien bić przed panem pokłony, czy tak? Cóż, pan Danglars, jak wiadomo, nie ma zbyt dobrego gustu i ma ochotę pobić pokłony przed kim innym...
— A przed kim to?
— Ja nic nie wiem. Obserwuj pan, przyglądaj się, chwytaj aluzje i postaraj się zrobić z tego własny użytek.
— Dobrze, rozumiem... Ale proszę posłuchać: moja matka... Nie, nie matka, mój ojciec miał ten pomysł — żeby wyprawić bal.
— Bal? O tej porze roku?