— Och, kochany hrabio, uprzedzam cię, że rozmawiamy z matką bardzo szczerze; i jeżeli nie poczuł pan tych sygnałów sympatii, to chyba dlatego, że brakuje panu odpowiednich strun, bo przez te cztery dni mówiliśmy tylko o panu.

— O mnie? Ależ pochlebiacie mi państwo.

— Pan wybaczy, ale to przywilej kogoś, kto jest żyjącą zagadką dla wszystkich; tak samo dla mojej matki, jak i dla innych; zagadką zaakceptowaną, ale nierozwiązaną, ciągle pozostajesz pan w stadium tajemnicy, proszę się nie martwić. Moja matka zastanawia się tylko ciągle, jak udało się panu zachować młodość. Coś mi mówi, że matka bierze pana w gruncie rzeczy za Cagliostra albo hrabiego de Saint-Germain, tak jak hrabina G*** uważa pana za lorda Ruthwena. Jak tylko się pan zobaczy z matką, proszę ją utwierdzić w tym przekonaniu. Łatwo to panu przyjdzie, masz pan przecież kamień filozoficzny Cagliostra, a inteligencję jak sam Saint-Germain.

— Dziękuję, żeś mnie pan uprzedził — uśmiechnął się hrabia — postaram się godnie stawić czoła tym wszystkim przypuszczeniom.

— Czyli przyjdziesz pan w sobotę?

— Skoro prosi mnie o to pani de Morcerf... A pan Danglars?

— Och, on był już zapraszany parę razy, zajął się tym ojciec. Postaramy się też o naszego wielkiego uczonego, pana de Villeforta, ale nie ma na to wielkiej nadziei.

— Nigdy nie należy tracić nadziei, jak mówi przysłowie.

— Tańczy pan, drogi hrabio?

— Nie, nie tańczę, ale lubię patrzeć, jak tańczą inni. A pani de Morcerf tańczy?