— A to dla ciebie...
— To dla mnie?... zobaczymy, czyje na wierzchu!... — krzyknął wściekły d’Artagnan, przybijając go do ziemi czwartem pchnięciem w brzuch.
Teraz już szlachcic zamknął oczy i zemdlał.
D’Artagnan poszukał w jego kieszeniach, zabrał rozkaz wolnego przejazdu, wypisany na imię hrabiego de Wardes.
Następnie, spojrzawszy po raz ostatni na pięknego młodzieńca, liczącego zaledwie dwadzieścia pięć lat wieku, którego zostawić miał leżącego bez czucia, a może i bez życia, westchnął nad dziwnem przeznaczeniem, doprowadzającem ludzi do wzajemnego tępienia się na rzecz tych, którzy obcymi są im zupełnie, a często nie wiedzą nawet o ich istnieniu.
Lecz z tej zadumy wyrwał go Lubin, który wydawał chrapliwe krzyki, wzywające o pomoc.
Planchet ściskał go z całych sił za gardło.
— Panie — rzekł tenże — jak ja go tak trzymam, to nie krzyczy, ale niechno go popuszczę, zaczyna na nowo. Widzę, że to Normandczyk, a to naród uparty.
— Zaczekaj! — odezwał się d’Artagnan i, wziąwszy chustkę, zatkał Lubinowi usta.
— A teraz — rzekł Planchet — przywiążmy go do drzewa.