— Błaźnie!... — krzyknął Athos, powstając, lecz opadł zaraz na krzesło: dał miarę sił swoich.
D’Artagnan przyszedł mu w pomoc, wznosząc szpicrutę do góry.
Oberżysta cofnął się, zalany łzami.
— To cię nauczy — rzekł d’Artagnan — obchodzić się grzeczniej z gośćmi, których ci Pan Bóg zsyła.
— Pan Bóg!... prędzej djabeł!...
— Mój drogi — zaczął d’Artagnan — jeżeli nam będziesz skrzeczał nad głową, zamkniemy się w piwnicy we czterech i zobaczymy sami, czy naprawdę spustoszenie jest tak wielkie, jak mówisz.
— Wyznaję, panowie! zawiniłem, lecz dla każdego grzesznika jest zmiłowanie: jesteście jaśnie panami, a ja mizernym oberżystą, będziecie mieli litość nademną.
— A!... skoro tak będziesz mówił — odezwał się Athos — serce mi się krajać gotowe, a łzy potoczą się z oczu, jak wino z twoich antałków. Nie taki djabeł czarny, jak go malują, zbliż się tu i porozmawiajmy.
Oberżysta postąpił niespokojny.
— Chodź, kiedy ci mówię, nie bój się — kończył Athos. — Pamiętasz, gdy miałem ci płacić, położyłem na stole sakiewkę.