— Nie, nigdy, choćby to był brat mój rodzony! — wykrzyknął d‘Artagnan, udając wielki zapał.
Nasz gaskończyk puszczał się odważnie, wiedział bowiem do czego dąży.
— Podoba mi się twoje poświęcenie bezwarunkowe rzekła milady.
— Niestety! czy za to tylko mnie lubisz? — zapytał d‘Artagnan.
— Kocham cię także, dla ciebie samego jedynie — rzekła, biorąc go za rękę.
D‘Artagnana dreszcz przeszedł; gorączka, paląca milady, przez dotknięcie ręki udzieliła się także młodzieńcowi.
— Więc ty mnie kochasz?... — wykrzyknął — O!... gdyby to było prawdą, możnaby od niej rozum stracić!
Wziął ją w objęcia; nie broniła mu pocałunków, tylko im nie odpowiadała. Usta jej były zimne: zdawało się d‘Artagnanowi, iż posąg całuje... Był jednak upojony, zelektryzowany miłością; uwierzył prawie we wzajemność milady; uwierzył prawie w zbrodnię hrabiego. Gdyby de Wardes znalazł się pod ręką, byłby go zabił bezwątpienia.
— Nazywa się... — zaczęła.
— De Wardes, wiem o tem — zawołał d‘Artagnan.