Wchodzi z lampą i wychodzi.

ARMAND

Czyta.

„Przysięgam ci, drogi kawalerze, że jesteś bóstwem mego serca, i że ciebie jednego mogę kochać tak, jak kocham, ale czy nie widzisz, duszo moja droga, że w położeniu, w jakimśmy się znaleźli, wierność byłaby bardzo głupią cnotą?... Czy myślisz, że może być mowa o czułościach, kiedy się nie ma chleba?... Głód przyprawiłby mnie o fatalną omyłkę, wydałabym ostatnie tchnienie, mniemając, że to jest westchnienie miłości... Ubóstwiam cię, bądź tego pewny... ale pozwól mi na jakiś czas zakrzątnąć się koło naszego losu... Biada temu, kto wpadnie w moje sieci! Pracuję nad tym, aby uczynić mego kawalera bogatym i szczęśliwym! Brat mój udzieli ci wiadomości o twojej Manon... powie ci, że płakała nad koniecznością rozstania...” Rzuca książkę ze smutkiem, trwa kilka chwil w zadumie. Miała słuszność, ale ona nie kochała, bo miłość nie umie rozumować!... Idzie do okna. Przygnębiła mnie ta lektura... Ta książka kłamie!... Dzwoni. Siódma!... Ojciec już nie przyjdzie dzisiaj... Do Anny, która wchodzi. Poproś panią, aby tu przyszła.

ANNA

Zakłopotana.

Pani nie ma, proszę pana.

ARMAND

Gdzież jest?

ANNA