Nie dość na tym: głównym ogniskiem rewolucji stają się te części Francji, w których dobrobyt był największy. Takimi dzielnicami były okolice Paryża. Wolność i własność włościan były tu zabezpieczone lepiej niż gdzie indziej; pańszczyzna osobista znikła na długo przed r. 1789; zbieranie podatku osobistego stało się bardziej regularne. Przeciwnie, nigdzie nie zachował się dawny ustrój w tak pierwotnej formie, jak wzdłuż dolnego brzegu Loary164, w bagnach Poitou165, wśród łąk Bretanii166. Tu właśnie rozniecił się ogień wojny cywilnej, tu rewolucja spotkała najbardziej zacięty opór. Rzec można by, że Francuzi znajdowali położenie swoje tym mniej znośnym, im więcej się ono polepszało.

Zdaje się to dziwne, a jednak historia pełna jest podobnych przykładów. Nie zawsze przejście od złego stanu do dobrego powoduje rewolucję. Najczęściej zdarza się, że naród, który znosił bez skargi i jakby w znieczuleniu prawa najbardziej uciążliwe, burzliwie zrzuca ich jarzmo, skoro tylko uczuje ulgę. Ustrój, który burzy rewolucja, bywa prawie zawsze lepszy od tego, który go bezpośrednio poprzedzał, a doświadczenie potwierdza, że największym niebezpieczeństwem dla złego rządu jest chwila, w której zaczyna się poprawiać. Tylko geniusz może ocalić monarchę, który postanowił ulżyć losowi swoich poddanych. Zło, które znoszono cierpliwie, jako rzecz nieuniknioną, staje się nieznośne w chwili, gdy powstaje myśl, że można się go pozbyć. Wówczas, ilekolwiek się usunie nadużyć, te, które zostają, występują jeszcze jaskrawiej, uczucie staje się bardziej naprężone: zło wprawdzie zmniejszyło się, lecz urosła wrażliwość.

Feudalizm, w rozkwicie sił swoich, nie budził wśród Francuzów takiej nienawiści, jak w chwili, gdy miał zniknąć. Najmniejsze objawy samowoli za Ludwika XVI wydawały się bardziej nieznośne niż cały despotyzm Ludwika XIV; krótkie uwięzienie Beaumarchais’go167 wywołało w Paryżu większe wzburzenie niż dragonady168.

W r. 1780 nikt nie myślał, że Francja chyli się ku upadkowi; prędzej rzec można było wówczas, że nie ma granic jej postępowi. Wówczas to powstała nauka o zdolności człowieka do bezgranicznego i nieustannego doskonalenia się. Na lat 20 przedtem nie pokładano żadnych nadziei w przyszłości; teraz wszystkiego spodziewano się po niej. Przedsmak tego szczęścia, oczekiwanego w bliskiej przyszłości, czynił ludzi obojętnymi na dobra, które już uzyskali, i porywał ich ku nieznanym nowościom.

Obok tych przyczyn ogólnych działały inne, nie mniej potężne. Chociaż zarząd finansów polepszył się na równi ze wszystkim innym, zachował on jednak wady dawnych rządów.

Same dążenia rządu do podniesienia dobrobytu, zapomogi i premie, przedsiębiorstwa publiczne, zwiększały wydatki, nie potęgując dochodów w tej samej mierze. Na równi ze swymi poprzednikami król zostawiał swoich wierzycieli bez zadośćuczynienia; wypłata procentów była niepewna, a nawet wzrost kapitału zależał jedynie od uczciwości monarchy. Nadużycia te nie były nowe, lecz nowe było wrażenie, które one wywoływały; w społeczeństwie i w rządzie zaszły zmiany, wskutek których mniejsze wady odczuwało się bez porównania silniej.

W ciągu ostatnich lat 20, od czasu jak rząd stał się czynny i zajmował się rozmaitymi przedsiębiorstwami, został on największym konsumentem i pracodawcą w kraju. Wzrosła w ogromnej mierze liczba osób, utrzymujących z nim stosunki pieniężne. Majątek rządowy splątał się w sposób dotąd niebywały z majątkami prywatnymi, a zły zarząd finansowy, który dotąd był tylko klęską publiczną, staje się odtąd także nieszczęściem wielu rodzin. W r. 1789 rząd winien był około 5 milionów liwrów wierzycielom, którzy byli jednocześnie dłużnikami, i którym niewypłacalność rządu przyczyniała kłopot podwójny.

Oto dlaczego rentierzy, handlarze i przemysłowcy, stanowiący klasę najbardziej nieżyczliwą dla inowacji politycznych, a gotową ulegać prawom nawet pogardzonym i nienawistnym, tym razem okazali się najbardziej niecierpliwi i stanowczy w sprawie reformy; domagali się przede wszystkim zupełnego przeobrazowania systemu politycznego, nie rozumiejąc, że wstrząsając tą częścią rządu, ryzykowali obalenie wszystkiego pozostałego.

Rozdział V. Jak doprowadzono lud do powstania, chcąc ulżyć jego położeniu?

Ponieważ lud w ciągu 140 lat nie ukazywał się ani razu na widowni politycznej, przestano myśleć o tym, że może kiedykolwiek na niej wystąpić; widząc jego nieczułość, traktowano go jako pozbawionego słuchu i rozprawiano o nim, nie krępując się jego obecnością. Zdawało się, że tylko wyższe klasy usłyszą te mowy, i obawiano się raczej, że nie zostaną dostatecznie zrozumiane.