Ludzie, którzy mieli powód w największym stopniu obawiać się gniewu ludu, mówili w jego obecności o niesprawiedliwościach, które znosił, wytykali wadę instytucji, które go uciskały. Wymownie opisywali, jak źle wynagradza się pracę i ofiary. Nie mam tu na myśli pisarzy, lecz agentów rządowych i klasę uprzywilejowaną.
Na 13 lat przed rewolucją, robiąc próbę zniesienia robocizny, król we wstępie do edyktu mówi, co następuje: „Wszędzie, z wyjątkiem niewielu krajów rządzonych przez stany (pays d’états), gościńce były przeprowadzone bez wynagrodzenia przez najbiedniejszą część naszych poddanych. Cały więc ciężar tej powinności spadł na tych, których cały majątek stanowią ich ręce, a dla których gościńce nie mają pierwszorzędnego znaczenia. Najbardziej zainteresowani są tu właściciele ziemscy, osoby uprzywilejowane, których majątki rosną w cenie przy budowie dróg. Zmuszając najuboższą klasę do utrzymywania gościńców i oddawania bezpłatnie swojego czasu i pracy, odbierają jej ostatnią możność walki z nędzą i głodem, aby zmusić do pracy na korzyść bogatych”.
W tym samym czasie, chcąc znieść ucisk korporacji rzemieślniczych, pisano w imieniu króla, „że prawo do pracy jest najświętszą ze wszystkich form własności, że wszelkie prawa, przynoszące im ujmę, gwałcą to prawo przyrodzone i jako takie powinny być uważane za nieistniejące, że w ogóle istniejące korporacje są instytucjami potwornymi i despotycznymi, owocem egoizmu, chciwości i gwałtu”.
Słowa te były niebezpieczne, a jeszcze bardziej niebezpieczne było to, że pisano je na próżno. W kilka miesięcy po tych edyktach przywrócono i korporacje, i robociznę.
Powiadają, iż słowa te dyktował Turgot; lecz podobneż zdania spotykamy i u jego następców. Szczególniej zaś w lata głodowe edykty miewały taki charakter, jak gdyby starano się nie tyle pomóc ludowi, ile rozniecić jego namiętności. Jeden z intendentów, pragnąc wzbudzić litość ludzi zamożnych, mówi o „niesprawiedliwości i nieczułości owych właścicieli ziemskich, którzy cały majątek swój obowiązani są pracy nędzarzy, a pozwalają im umierać z głodu w chwili, gdy ci nad siły pracują, aby nadać większą wartość ich majątkom”.
Do końca rządów monarchicznych walka pomiędzy władzami administracyjnymi dawała powód do podobnych manifestacji: współzawodniczące strony oskarżają się wzajemnie jako winowajcy klęsk ludowych. Tak podczas kłótni między parlamentem tuluskim169 a królem w kwestii wolnego przywozu zboża (r. 1772) parlament powiada: „Rząd niewłaściwymi środkami swymi ryzykuje zamorzyć głodem ubogich”. Na to król odpowiada: „ambicja parlamentu i chciwość bogaczów doprowadziły do klęski ludowej”. Tak więc z obu stron wpaja się ludowi tę myśl, że powinien szukać wśród wyższych klas winowajców nieszczęść swoich. Wszystko to znajduje się nie w tajnej korespondencji, lecz w dokumentach publicznych, rozrzucanych przez obie strony w tysiącach egzemplarzy.
Niekiedy król surowo karci swoich poprzedników, nie oszczędzając i siebie. „Skarb obciążony był długami, dzięki trwonieniu pieniędzy przez kilka panowań. Niektóre z nietykalnych posiadłości naszych zostały sprzedane za bezcen”, czytamy w jednym z dokumentów; „korporacje rzemieślnicze są przeważnie wytworem chciwości fiskalnej królów”, mówi inny.
„Jeśli zdarzało się ponosić niepotrzebne wydatki i jeśli podatek osobisty urósł nadmiernie”, czytamy gdzie indziej, „pochodzi to stąd, że zarząd finansowy uciekł się do tego podatku, jako niepodlegającego wiadomości publicznej, chociażby inne źródła dochodów były mniej uciążliwe dla naszych dochodów”.
Wszystko to mówiło się dla ludzi wykształconych, aby przekonać ich o użyteczności pewnych środków, nagannych ze stanowiska interesów prywatnych. Co zaś do ludu, uważano za pewnik, iż słucha, nie rozumiejąc. Trudno zaprzeczyć, że w samej tej życzliwości względem ludu ukrywa się pewna pogarda, i że ów stosunek do ludu przypomina uczucia pani du Châtelet170, która nie żenowała się rozbierać się przy swoich lokajach, nie będąc zupełnie pewna, czy są oni ludźmi.
Nie tylko ministrowie Ludwika XVI przemawiali w ten sposób: klasy uprzywilejowane, na które miał skierować się przeważnie gniew ludu, używały tych samych wyrażeń. Wyższe warstwy społeczne we Francji zaczęły interesować się losem klasy ubogiej znacznie wcześniej, niż miały powód jej się obawiać. W ciągu dziesiątka lat, poprzedzającego rok 1779, ustawicznie zajmowano się losem włościan, wyszukiwano sposoby ulżenia mu; lecz w tych objawach współczucia dostrzega się ten sam brak przezorności, który ujawniła tak długo trwająca obojętność na klęski ludu. Żurnale171 stanów prowincjonalnych od r. 1779 pełne są wyrazu tych uczuć. Stany prowincjonalne dolnej Normandii w r. 1787 powiadają: „Zbyt często zdarzało się, że pieniądze, asygnowane przez króla na utrzymanie gościńców, służyły dla dogodności zamożnych, nie przynosząc korzyści ludowi. Używano je często na uprzyjemnienie dostępu do jakiegoś pałacu, zamiast polepszenia drogi do miasteczka lub wsi”.