Słowa te wypowiedział w sposób automatyczny. Akulinę witał zawsze tak samo. I zgodnie ze swoim zwyczajem przeniósł się do pokoiku na górze, żeby kontynuować pisanie o nieszczęściach, jakie spadły na Żydów w wyniku toczącej się wojny.

Przez okno dostrzegł Berla, który na pobliskim polu rozmawiał właśnie z agronomem w słomkowym kapeluszu. Kilku młodych, ubranych z miejska ludzi pracowało w kucki wśród młodej, świeżej zieleni w polu. Byli to chalucowie, którzy przed wyjazdem do kibucu w Palestynie uczyli się pracy na roli.

W chwilę potem zobaczył szerokie plecy Berla siedzącego w bryczce zaprzężonej w jednego białego konika. Berl w białej koszuli i biały konik wyglądali jakby stanowili całość. Bryczka podążała wąską drogą ku dalekim, niebieskim lasom.

Chaim Lurie z dobrotliwym uśmiechem na twarzy wodził za nią wzrokiem. Był zadowolony ze swego dawnego ucznia. Berl nie poprzestał na starych teoriach. Cały swój odziedziczony majątek wykorzystał do jednego praktycznego celu. Do owocnej, konkretnej pracy. Tam, gdzie się teraz zieleni i czerwieni, tam, gdzie się rozciąga szachownica zielonych pól, było przedtem jedno wielkie bagno. Przy hucie, na wzgórzu, które było puste, wyrosło teraz małe miasteczko, obrosłe nowymi białymi domkami, otoczonymi barwnymi ogródkami. Na dawnym pustkowiu wyrosły słupy z elektrycznymi latarniami. Wszystko to powstało dzięki żydowskiej pracy i żydowskiej energii. Dlaczego więc zawraca mi głowę, że tylko z braku wyboru Żydzi wezmą się za czarną robotę?

Odpowiedź jest prosta. Berl jest nadal idealistą, ale już ma w nosie magnackie muchy. Jeśli wpadnie mu do głowy jakiś magnacki kaprys, zaraz dorabia do niego stosowną teorię.

Z jidysz przełożył

Michał Friedman

Niniejszy fragment stanowi 10. rozdział powieści Altera Kacyzne Silni i słabi.

Przypisy:

1. szajgec — pogardliwe określenie nieżydowskiego chłopca. [przypis edytorski]