Podlaski wylazł spod mostu owinięty w białe prześcieradło. Niedźwiadki nie poznały swego pana w tym przebraniu, groźnie się nastroszyły i zaczęły szarpać pal, do którego były uwiązane. Łańcuchy głośno zadzwoniły. Podlaski spojrzał na chłopkę i zawołał:

— Akulino, czemu ryczysz?

— Pośpiesz się pan, bo ruda Mańka dławi się kartoflem.

— Co takiego? Połknęła cały kartofel?

— Tak!

— Co z ciebie za stworzenie? Ile razy mówiłem, że zanim podasz ziemniaki krowom...

Zorientował się, że nie wolno tracić czasu na gadanie, bo krowa może się tymczasem udusić. O ubraniu się nie mogło więc być mowy. I tak jak stał, owinięty w białe prześcieradło, w sandałach, jednym susem wyskoczył spod mostu i w mig znalazł się na podwórzu. Dziewięciu chłopów krzątało się przy krowie o rozdętym brzuchu. Podtrzymywali ją, żeby nie upadła, zaś młynarz Icyk na klęczkach, sapiąc z wysiłku, próbował masując szyję krowy wyłuskać kartofel. Podlaski odepchnął go na bok. Krowa gasła w oczach. Chwiała się na nogach jakby była pijana w sztok. Podlaski zawołał:

— Chłopcy! Trzymajcie ją. Pchajcie ją na mnie! Prosto na mnie! — Jedną ręką chwycił krowę za jęzor, drugą rękę zaś szybkim, nagłym ruchem wetknął jej do pyska. Energicznie i mozolnie wpychał rękę do gardła, przypominającego wąski rękaw. Krowa usiłowała się wyrwać z rąk trzymających ją chłopów. Miotała się i podrygiwała. Podlaski rozkazującym tonem pouczał chłopów:

— Trzymajcie ją! Mocno trzymajcie! Pchajcie ją na mnie. — Krowa ze spuszczonym ku ziemi łbem stawiała opór i ciągnęła Berla do tyłu.

Wreszcie Berl puścił ją i podszedłszy do chłopa, niejakiego Łukiana, podsunął mu przed nos zakrwawiony kartofel.