— Widzisz? To przez ciebie w korycie znalazł się niepokrojony ziemniak. — I zgrzytając zębami rzucił nieszczęsny kartofel za płot.

— Odprowadź krowę do obory i trzymaj ją tam aż do wieczora. Nie dawaj jej jeść, tylko niech dużo pije. Słyszałeś?

Wytarł rękę o trawę i zarzuciwszy na siebie prześcieradło niczym starożytny brodaty Grek, pomaszerował w kierunku dworu. Zebrany przy moście tłum był pełen uznania dla wyczynu Berla. Nie szczędził mu pochwał za siłę i zręczność. Łukian drapał się po karku i żalił Icykowi-młynarzowi.

— Wolałbym, gdybyś zamiast podsunąć mi przed nos kartofel dał mi w zęby. Czy ja jestem taki głupi? Czy ja już niczego nie rozumiem? Nic innego mi nie pozostaje jak tylko się urżnąć.

Podlaski najpierw poszedł do mostu, gdzie leżało jego ubranie. Tu wybiegł mu naprzeciw wysoki i mocny jak dąb szajgec o białych jak len włosach. Widać było, że targa nim niepokój, że jest czymś zdenerwowany. Biegł jak opętany, żegnał się raz po raz, po czym wskazał na wzgórze i zawołał:

— O Jezu!

Berl natychmiast pojął, w czym rzecz. Musiało się tam stać coś złego. Oto bowiem jego niedźwiadkom znudziło się siedzenie na brzegu rzeki. Zerwały się z łańcucha i wybrały na spacer. Czy aby kogoś nie pożarły?

Natychmiast puścił się biegiem do wzgórza przy hucie. Zebrani tam ludzie szykowali się do ucieczki. W nowym miasteczku przy hucie rozlegały się krzyki i piski. Matki ciągnęły do domu dzieci, które w nocnych koszulach wybiegły na dwór. Ludzie zaczęli zamykać drzwi i okna. Psy szczekały jak szalone.

W otwartych drzwiach huty stał stary Antoni z przygotowaną strzelbą. Chciał w ten sposób nastraszyć niedźwiadki. Już miał oddać strzał w kierunku wzgórza, gdy nagle Podlaski złapał go za rękę:

— Czyś ty zwariował? Zaczekaj!