Spokojnym, miarowym krokiem wszedł na wzgórze i dokładnie przyjrzał się niedźwiadkom. Te nawet nie spojrzały na niego. Nieruchomo wpatrywały się w położoną niżej hutę szkła, gdzie w głębokiej ciemności migotały jak robaczki świętojańskie płomienie ognia. Ciekawe były, jak ludzie robią z ognia butelki.

Podlaski szarpnął łańcuchy, do których przywiązane były niedźwiadki i ryknął na nie tak niesamowitym głosem, że te ze strachu aż się sfajdały. Wtedy gołą pięścią uderzył je po kudłatych łbach i poprowadził do domu. Tym razem niedźwiadki nie stawiały oporu i posłusznie stąpały na swoich krzywych łapach. Widać było, że są skruszone swoim zachowaniem.

Podlaski szedł spokojnie między dwoma niedźwiadkami. Kiedy minął hutę i wszedł do miasteczka, zebrani tam ludzie odprowadzali go wzrokiem pełnym podziwu i szacunku. Rozległy się głosy:

— Ależ to istny diabeł — zawołał szajgec o lnianej czuprynie.

— Diabeł, powiadasz? — wycedził stary Antoni, żując coś bezzębnymi dziąsłami. — Przecież wiadomo, że zaprzedał duszę diabłu. Zapytaj kogo chcesz ze stojących tam Żydów. Poskromić niedźwiedzie to dla niego fraszka. Sprowadził tu urządzenie, które nazywa się elektryka. Co to jest elektryka? Ogień. Myślisz, że to zwykły ogień? Nie! To ogień z piekła rodem. Pali się i nie pali się. Zimny ogień. Jeśli go dotkniesz, koniec z tobą, bracie. Wiadoma rzecz.

Również Żydzi zamieszkali w nowym miasteczku, pracownicy huty, brodaci rzemieślnicy w skórzanych fartuchach, z zakasanymi rękawami, stali przy drzwiach i wymieniali opinie na temat Berla:

— Istny diabeł z tego Żyda.

— On wcale nie jest Żydem.

— A jak on się ubiera?

— Jeśli mówimy o diabłach, to nic dobrego nie może z tego wyniknąć!