Berl tych wypowiedzi nie słyszał. Dotarł już bowiem do domu. Tu doprowadził się do porządku. Wyczesał brodę, założył miękki turecki szlafrok i wszedł do jadalni, żeby zjeść śniadanie.
Gdyby Żydzi z miasteczka mogli go teraz zobaczyć, niechybnie orzekliby, że Berl jest stuprocentowym Żydem. Co więcej, przyrównaliby go do króla Salomona. Przecież ten mądry król także bratał się ze zwierzętami. Umiał nawet mówić w ich języku.
Na stole w jadalni stał duży, pękaty samowar, z którego dobywały się dźwięki przypominające brzęczenie much uwięzionych w pajęczynie.
Przy stole siedział już przyjaciel Berla, Chaim Lurie. Siedział pochylony nad jakimś dużym czasopismem. Zatopiony w lekturze, nie usłyszał, jak Berl wszedł do jadalni.
— Dzień dobry, Chaimie!
— Kogóż ja widzę? Poganiacza niedźwiedzi we własnej osobie! A co z twoją krową?
— A więc i do ciebie to dotarło! Znasz już najnowsze wieści.
— Akulina, oby była zdrowa, przynosi mi nowiny z osady razem z pierwszą pocztą. — U Chaima Luriego siwe włosy kontrastowały z gładką, młodą twarzą. Zakrawało to na wybryk natury. Jego bródka zaś, wąsy i brwi były czarne jak dawniej, w czasach młodości.
Dla Berla Chaim Lurie był starszym towarzyszem i bratem w wyznawanej ideologii. Był typowym okazem starego narodnika2 („Narodnaja Wola”). Nosił długie włosy i krótko przystrzyżoną bródkę. Lud często nazywał narodników „Chrystusami”.
Chaim był teraz gościem Berla. Jako oficer związku ziemstw objechał właśnie linię frontu. Miał nawet na sobie oficerski mundur. Do Berla zajechał po to, żeby trochę odpocząć, uporządkować swoje notatki z objazdu i napisać książkę o okropnościach wojny.