Dla wygody gościa Berl poczynił zmiany w swoim rozkładzie dnia. Śniadanie spożywał teraz godzinę później niż zwykle, i to w swoim pokoju jadalnym, a nie z całą hałastrą w dworskiej kantynie.
Akulina przyniosła jemu i gościowi z ogólnej kuchni miskę gotowanych ziemniaków ze śledziami. Chaim Lurie elegancko posmarował bułki masłem, a na deser zostawił sobie ciastko.
— Z czego się śmiejesz, Akulinko? — zapytał Lurie.
Akulina właśnie odkręciła kurek samowara i nalewała do szklanki herbatę. Chwila była nieodpowiednia, bo nagłe pytanie Luriego mogło spowodować, że nie zakręci kurka, a gorąca woda wyleje się na rękę i na stół. Szeroka i płaska jak płatek macy twarz Akuliny jeszcze bardziej rozciągnęła się w uśmiechu. Kobieta, nie zważając na swoje obfite kształty, wybiegła pospiesznie za drzwi, żeby wybuchnąć niepohamowanym śmiechem.
— Ona zawsze tak się zachowuje — oświadczył Lurie.
— Dlaczego ją zawstydzasz, mój ty idealisto?
— Bo jej to sprawia przyjemność, człowieku. Pokaż jej palec, zaraz zacznie się śmiać.
— Oj! Oj! Kurek! Kurek!
Akulina zapomniała zakręcić kurek samowara i gorąca woda zalała obrus.
Lurie na ten widok roześmiał się, zaś Berl tylko się uśmiechnął. Nawet w towarzystwie ludzi bliskich nie pozwalał sobie na swobodny śmiech.