— Mniejsza o jednę ładną dziewkę. Nie ma ulicy w Paryżu, by co noc nie fabrykowano tuzinami nowych, piękniejszych jeszcze. Któż jej kazał okradać swą panią, radczynię Josse?
— Nie wiem tego — odrzekł mistrz — i pan tego nie wiesz, a sędziowie, którzy ją skazali, również nic nie wiedzą, albowiem nie znane są człowiekowi istotne motywy czynów ludzkich. Są to sprawy niepojęte, a sprężyny poruszające nimi głęboko tkwią ukryte. Uznaję wolność czynów człowieka i jego odpowiedzialność za nie, albowiem tak mi wierzyć każe nasza święta rzymskokatolicka religia i Kościół, matka nasza. Ale poza nauką wiary tak mam mało danych na dowód, że człowiek jest panem swych czynów, iż drżę, ile razy posłyszę o wyroku sądowym, karzącym czyny, których punkt wyjścia, konsekwencje i przyczyny wymykają nam się zupełnie, zaś wola ma często mały w nich udział, bo przeważna ich ilość dzieje się bez żadnej świadomości.
W zasadzie jesteśmy odpowiedzialni za postępki nasze, albowiem święta religia nasza wychodzi z założenia mistycznej jedności wolności człowieka i łaski Bożej. Ale za nadużycie tego dogmatu uważać muszę, jeśli opierając się na tej subtelnej i trudnej do ujęcia koncepcji sprawiedliwość ludzka szafuje na prawo i lewo udręką, torturą i różnymi okropnościami, jakich pełne są kodeksy nasze.
— Z wielkim smutkiem spostrzegam — powiedział czarny człowieczek — że Wasza Wielebność zaliczasz się do zwolenników szalbierzy, a tym samym wrogów państwa!
— Niestety i oni, drogi panie — odparł mistrz — zaliczają się również do cierpiącej i walczącej ludzkości i mają, jak my, udział w świętym dziele odkupienia Pana naszego Jezusa Chrystusa, który umarł pośrodku dwu łotrów. Dostrzegam w ustawodawstwie naszym okrucieństwa, które ocenić potrafią dopiero pokolenia przyszłe, a napełnią je one, ręczę za to, oburzeniem wielkim.
— Nie rozumiem zgoła, co ma na myśli Wasza Wielebność! — oświadczył woźny, pociągnąwszy wina ze szklanki. — Wszakże wszystkie okrucieństwa czasów dawnych zostały usunięte zupełnie z ustaw naszych i obyczajów, a dzisiejsze prawodawstwo odznacza się łagodnością i ludzkością wprost niesłychaną.
Kary są jak najściślej przystosowane do przestępstw i tak widzimy, że złodziei wiesza się, morderców łamie kołem, winnych obrazy majestatu rozdziera końmi, ateuszów, czarowników i sodomitów pali się na stosie, zaś fałszerzy pieniędzy gotuje. Czyż to nie wystarcza, by udowodnić, że praktyka kryminalistyczna odznacza się niezmiernym umiarkowaniem i łagodnością, posuniętą do granic możliwości?
— Drogi panie — zauważył ks. Coignard — wiem z książek, iż sędziowie każdego stulecia uważali się zawsze za zgodliwych, łagodnych i pobłażliwych. W wiekach średnich, za czasów św. Ludwika, a nawet Karola Wielkiego, zachwycali się swą wyrozumiałością, która się nam dzisiaj wydaje dzikością, toteż pewny jestem, że synowie czy wnukowie nasi osądzą, iż należy to i owo zmienić i usunąć w zakresie tortur i kar przez nas stosowanych.
— Wasza Wielebność nie liczy się z koniecznościami urzędowymi! — oświadczył stanowczo staruszek. — Tortura jest niezbędną dla wydobycia zeznania, którego by po dobroci nigdy uzyskać się nie dało, zaś kary są zredukowane do granic takich, jakie są potrzebne dla zabezpieczenia życia i spokoju obywateli.
— Zgadzasz się pan więc — odrzekł mistrz — że sprawiedliwość sądowa nie ma na celu samej sprawiedliwości, ale kieruje się względami praktycznymi i zasadniczo opiera się na interesach i przesądach narodów. W istocie jest to prawda zupełna, toteż występki karane są nie w stosunku do zawartego w nich zła i przewrotności, ale proporcjonalnie do szkód, jakie przynoszą społeczeństwu lub jakie by przynieść mogły. Dlatego fałszerzy monet wrzuca się do kotła z wrzącą wodą, mimo że bicie dukatów nie jest to żadna przewrotność, ale jeno finansiści i ogół obywateli ponoszą przeto dotkliwą stratę w dochodach. Za tę więc stratę mszczą się w sposób okrutny i niemiłosierny. Wieszamy złodziei nie dlatego, by wielka niemoralność mieściła się w zabraniu drugiemu kawałka chleba czy żabotu, gdyż w gruncie złośliwość ta jest małą, ale dlatego, że ludzie są chciwi dóbr ziemskich i przywiązują wielką wagę do dóbr raz pozyskanych. Trzeba tedy uznać za prawdziwe źródło sprawiedliwości ludzkiej interes materialny obywateli i odjąć mu tę całą, rzekomo wzniosłą filozofię, w którą się drapuje z wielkim namaszczeniem, a większą jeszcze obłudą.