— Oto piękne słowa — rzekł proboszcz — sam Bóg ci je dyktuje; poznaję Jego styl niezrównany. Czy nie chcesz byśmy się trochę zajęli zbawieniem twej duszy?
— Chętnie — rzekł ksiądz Coignard — bo grzechy mego życia podnoszą się przeciwko mnie. Stają mi przed oczyma grzechy małe i wielkie, czerwone i czarne, jedne drobne, cwałujące na psach i świniach, a inne tłuste, nagie, z cyckami jak sakwy, z brzuchami w grube fałdy zwisłymi i z ogromnymi zadami.
— Czy podobna — rzekł proboszcz — byś widział je aż tak dokładnie? Ale jeżeli grzechy twoje, mój synu, są takie, jak mówisz, lepiej nie opisuj ich i poprzestań na tym, by wewnętrznie je nienawidzić.
— Chciałbyś więc, księże proboszczu — rzekł ksiądz Coignard, aby wszystkie grzechy moje zbudowane były jak Adonisy? Ale zostawmy to. A ty, golarzu, daj mi pić. Znacie pana de la Musardière?
— O ile wiem, nie znam tego szlachcica — odrzekł Coquebert.
— Wiedz zatem — rzekł mój drogi mistrz — iż miał on wielki pociąg do kobiet.
— A to jest rzecz — rzekł proboszcz — przez którą diabeł łatwo rządzi człowiekiem. Ale do czego zmierzasz, mój synu?
— Zobaczysz zaraz — rzekł mój mistrz. — Pan de la Musardière naznaczył pannie schadzkę w stajni. Ta poszła tam, a on dał jej wyjść taką, jak weszła. A wiecie dlaczego?
— Nie wiem — rzekł proboszcz — ale zostawmy ten przedmiot.
— Bynajmniej — odparł pan Coignard. — Wiedzcie, że nie obrócił jej z obawy, by nie spłodzić konia, za co wytoczono by mu proces kryminalny.