Taka jest, mój synu, natura tych pełnych chwały dzieci słońca. Znane im są prawa wszechświata równie dobrze jak nam gra szachowa, bieg gwiazd na niebie nie ma dla nich tajemnic, jak dla nas skoki króla, wieży i konika na szachownicy. Duchy te stwarzają światy w tych częściach przestworza, gdzie nie było ich dotąd, i kształtują je podług swego upodobania; jest to dla nich rozrywką, która na chwilę ich odrywa od ważniejszej sprawy spajania się ze sobą w niewypowiedzianych uniesieniach miłosnych. Wczoraj zwróciłem mą lunetę w znak Panny i dostrzegłem daleki świetlany obłoczek; jest to zapewne, mój synu, dzieło jeszcze bezkształtne jednego z tych tworów ognia.

Zaprawdę, wszechświat tylko stąd bierze swe pochodzenie. Bynajmniej nie jest on wynikiem woli jedynej, lecz jest rezultatem cudownych kaprysów wielkiej liczby duchów, które zabawiały się tym tworzeniem, każdy oddzielnie i każdy w innym czasie. To tłumaczy różnorodność, wspaniałość i niedoskonałość świata, bo potęga i wiedza tych duchów, choć niezmierne, mają także swe granice. Kłamałbym, utrzymując, że człowiek, choćby był filozofem lub magiem, może wejść z nimi w bliskie stosunki; przeciwnie, żaden z nich mi się nie objawił, i to, co ci o nich opowiadam, znam tylko bądź ze słyszenia, bądź przez indukcję. Toteż, choć istnienie ich jest pewne, posunąłbym się za daleko, opisując ci ich charakter i obyczaje. Trzeba umieć nie wiedzieć, mój synu; szczycę się tym, że przedstawiam tylko fakty dokładnie zaobserwowane. Zostawmy więc te duchy, a raczej tych demiurgów w ich odległej chwale i zajmijmy się znakomitymi a bliżej nas obchodzącymi istotami. Tutaj to, mój synu, słuchaj mnie uważnie.

Jeżeli przed chwilą z pogardą mówiłem o planetach, to jedynie dlatego, że miałem na myśli tylko ich powierzchnię stałą, skorupę tych pęcherzy czy bąblików, i owe nędzne twory po niej pełzające. Mówiłbym innym tonem, gdybym wówczas wraz z planetami miał był na myśli powietrze i opary, które je otaczają. Powietrze bowiem jest żywiołem szlachetnym, który tylko ogniowi ustępuje, toteż jedynie powietrze, które je opływa, stanowi o godności i znaczeniu planet. Te chmury, te miękkie opary, powiewy, blaski, tonie błękitu, te wyspy ruchome z purpury i złota, przesuwające się nad naszymi głowami, są zaludnione przez tłumy cudnych istot. Zwiemy je sylfami i salamandrami, są one niewymownie miłe i piękne; możemy wchodzić z nimi w związki, których rozkoszy pojąć niepodobna. Salamandry są tak przedziwnej urody, że w porównaniu z nimi najpiękniejsza kobieta z dworu czy z miasta jest tylko wstrętną małpą. Salamandry chętnie oddają się filozofom; słyszałeś zapewne o tej cudnej istocie, która towarzyszyła panu Descartes169 w jego podróżach. Jedni mówili, że to swą córkę naturalną wszędzie woził z sobą, inni znów sądzili, że jest to automat przezeń z przedziwną wykonany sztuką. W rzeczywistości była to salamandra, którą ten rozumny mąż wziął za kochankę i z którą nie rozłączał się nigdy. Podczas podróży morskiej do Holandii wziął ją na statek, gdzie ją trzymał zamkniętą w szkatułce z cennego drzewa, wewnątrz atłasem wybitej. Kształt tej szkatułki i ostrożność, z jaką strzegł ją Descartes, zwróciły uwagę kapitana; korzystając ze snu filozofa, podniósł wieko i zobaczył salamandrę. Ten prostak i nieuk wyobraził sobie, że tak cudna istota może być tylko dziełem czarta i ze strachu wrzucił ją do morza. Rozumiesz dobrze, że ta piękna osoba nie utonęła bynajmniej i łatwo połączyła się znów ze swym ukochanym, któremu wierna była całe życie; po jego śmierci opuściła tę ziemię, by więcej już na nią nie powrócić.

Przytaczam ci ten przykład wśród wielu innych, byś poznał stosunki miłosne salamander z filozofami. Miłość ta jest zbyt cudowna, by poddawać się mogła jakim bądź umowom. Przyznasz, że śmieszny ceremoniał towarzyszący małżeństwu byłby tu zupełnie nie na miejscu. Ładnie by to było, gdyby notariusze w peruce i tłuści proboszcze w to nos swój wtykali. Ci jegomoście zdolni są jedynie pieczętować pospolity związek mężczyzny i kobiety. Gody weselne mędrców z salamandrami mają innych, świetniejszych świadków; święcą je ludy powietrzne przy dźwięku harf, płynąc na niewidzialnych toniach, w czółnach różami uwieńczonych, popychanych przez lekkie powiewy.

Nie sądź jednak, że śluby te przez to, iż nie zapisane do brudnego rejestru w szpetnej zakrystii, są tym samym mniej trwałe i łatwe do zerwania; poręczycielami ich są duchy igrające w chmurach, z których tryska błyskawica i pada grom. Objawiam ci tu, mój synu, rzeczy, które mogą ci się przydać, po znakach niezawodnych poznałem bowiem, że przeznaczony jesteś do łoża salamandry.

— Niestety, panie! — zawołałem. — Ten los mnie przeraża, mam takież prawie skrupuły, co i ów kapitan holenderski, który wrzucił był do morza kochankę pana Descartes’a. Tak jak on nie mogę pozbyć się myśli, że te damy powietrzne są czartami. Lękałbym się zatracić duszę z nimi, bo ostatecznie, mój panie, małżeństwa te przeciwne są naturze i sprzeczne z prawami boskimi. Ach, czemuż nie ma tu księdza Hieronima Coignarda, czemu mój drogi mistrz nie słucha twych słów! Pewny jestem, że swymi argumentami umocniłby mnie przeciwko twej wymowie i przeciw urokowi salamander.

— Ksiądz Coignard — rzekł pan d’Astarac — doskonały jest do tłumaczeń z greki, ale nie trzeba go odrywać od jego ksiąg. To nie jest filozof. Ty zaś, mój synu, rozumujesz z niedołęstwem nieuctwa i nieudolność twoich rozumowań martwi mnie. Związki te, mówisz, przeciwne są naturze? Cóż wiesz o tym? W jaki sposób mógłbyś o tym wiedzieć? Jakże można rozróżnić, co jest naturalne, od tego, co nim nie jest? Czy dostatecznie znamy wszechogarniającą Izydę, by rozsądzać, co jest według niej, a co przeciw niej? Powiem więcej nawet: nic nie jest przeciw niej, a wszystko według niej, skoro wszystko jest działaniem jej narządów, wszystko przybiera nieskończone kontury jej ciała. Skąd wziąć by się mieli wrogowie, aby ją znieważać mogli? Nic nie działa przeciw niej i poza nią; siły, co zdają się ją zwalczać, są tylko objawami jej własnego życia.

Tylko nieucy śmią rozstrzygać, czy czyn jakiś jest naturalny, czy też nie. Lecz przyjmijmy na chwilę ich złudzenia i przesądy i udawajmy nawet, jakoby można popełnić czyny przeciwne naturze. Czyż dlatego czyny te mają być złe i potępienia godne? Trzymam się tu tymczasem powszechnych poglądów moralistów, którzy przedstawiają cnotę jako bój z popędami, jako chęć ujarzmienia naszych instynktów, jednym słowem jako walkę z człowiekiem naturalnym. Sami więc przyznają, że cnota jest przeciwna naturze, nie mogą więc potępiać żadnego czynu, jaki bądź on będzie, za to właśnie, co ma z cnotą wspólnego.

Zboczyłem od przedmiotu, mój synu, aby ci wykazać lekkomyślność twego rozumowania. Obraziłbym cię, przypuszczając, że masz jeszcze pewne wątpliwości co do tego, że niewinne są cielesne związki ludzi i salamander. Teraz wiedz zatem, że prawo religijne nie tylko małżeństw tych nie wzbrania, ale właśnie, za wyłączeniem wszelkich innych, je zaleca; zaraz dam ci tego dowody oczywiste.

Zamilkł chwilę i wyjąwszy tabakierkę, zażył szczyptę tabaki.