— Uważaj tylko, że moje drzwi są czwarte w korytarzu na prawo, piąte prowadzą do księdza Hieronima Coignarda, inne zaś zamykają dostęp do strychów, gdzie mieszka dwóch, trzech kuchcików i kilka setek szczurów.
Zapewniła mnie, że się nie omyli i zastuka do moich, a nie do innych drzwi.
— Zresztą — dodała — ten ksiądz Coignard wydaje mi się poczciwym człowiekiem i zdaje się, że nie mamy się czego obawiać z jego strony. Widziałam go przez okienko, w dniu, w którym przyszedł z tobą do mego wuja. Wydaje się miły, choć nie słyszałam, co mówił. Zwłaszcza jego nos świadczy, że to człowiek przemyślny i zdolny. Kto ma taki nos, temu nie brak zasobów, toteż pragnę go poznać. Zawsze zyskuje się na obcowaniu z ludźmi sprytnymi. Żałuję tylko, że nie podobał się memu wujowi przez lekkość swych wyrażeń i przez swoje drwiące usposobienie. Mozaides go nienawidzi, a o sile jego nienawiści żaden chrześcijanin pojęcia mieć nie może.
— Moja panno — odrzekłem — ksiądz Hieronim jest człowiekiem bardzo uczonym, pełen jest rozumu i życzliwości; zna świat i masz rację, sądząc, że umie zawsze dobrze dać radę. Ja zawsze też do jego wskazówek się stosuję. Ale powiedz, czy nie widziałaś mnie wówczas w pawilonie przez okienko twoje?
— Widziałam — rzekła — i nie taję, że cię wyróżniłam od razu. Ale muszę powrócić do mego wuja. Żegnaj.
Pan d’Astarac wieczorem po kolacji zapytał mnie, co słychać z salamandrą. Ciekawość jego zmieszała mnie trochę. Odpowiedziałem, że spotkanie z nią przeszło moje oczekiwania, że jednak pragnę zachować dyskrecję, stosowną w tego rodzaju przygodach.
— W tym przypadku, mój synu — odrzekł mi — dyskrecja twoja nie jest tak konieczna, jak sądzisz. Salamandry nie żądają tajemnicy w miłości, której się nie wstydzą. Jedna z tych nimf, która mnie kocha, w nieobecności mojej spędza najchętniej czas na tym, że wycina złączone razem nasze inicjały w pniach świerków, których wysmukłe wierzchołki stąd widzieć możesz. A czy nie uważasz, mój synu, że tego rodzaju miłości, zaprawdę cudowne, nie męczą, lecz przeciwnie, dodają nowych sił? Jestem pewien, że po tym, co zaszło, będziesz mógł całą noc tłumaczyć i przerobisz przynajmniej sześćdziesiąt stron Zosimosa Panopolitańczyka.
Przyznałem się, że przeciwnie, chce mi się bardzo spać, co wytłumaczył sobie zadziwieniem moim po pierwszym spotkaniu. Tak więc mąż ten naprawdę wierzył, że miałem stosunek z salamandrą. Robiłem sobie wyrzuty, że go oszukuję, ale byłem do tego zmuszony; zresztą tak dobrze sam się oszukiwał, że niewiele można by dodać do jego złudzeń. Poszedłem więc spać spokojnie i położywszy się, zagasiłem świecę po skończonym najpiękniejszym dniu mego życia.
Jahela dotrzymała słowa. Trzeciej nocy zapukała do mych drzwi. Było nam daleko wygodniej w moim pokoju aniżeli wówczas w gabinecie pana d’Astarac i to, co zaszło między nami przy owej pierwszej znajomości, było dziecinną igraszką wobec tego, czym natchnęła nas miłość przy drugim spotkaniu. O świcie wyrwała się z mych ramion, zapewniając stokrotnie, że wróci znów wkrótce, i nazywając mnie swą duszą, życiem, koteczkiem swoim.
Dnia tego wstałem bardzo późno i zeszedłszy do biblioteki, zastałem mego mistrza nad papirusem Zosimosa, z piórem w jednej, a lupą w drugiej ręce. Pracował z zapałem godnym zachwytu wszystkich znawców piśmiennictwa.