— Jakubie Rożenku — rzekł — najważniejszą trudnością w odczytywaniu tego manuskryptu jest to, że pewne litery łatwo tu można wziąć za inne, toteż, by odczytywanie się powiodło, trzeba sporządzić listę znaków, liter, co do których mogą się zdarzać takie pomyłki. Inaczej ku wiecznej hańbie naszej i słusznemu potępieniu gotowiśmy przyjąć zupełnie złe lectiones198. Dziś zdarzyło mi się popełnić kilka śmiesznych błędów tego rodzaju. Musiałem od rana już mieć umysł zmącony tym, co widziałem tej nocy i co ci tu zaraz opowiem.

Obudziłem się nade dniem i zachciało mi się łyknąć tego białego wina, którego zalety wychwalałem wczoraj panu d’Astarac. Istnieje bowiem, mój synu, między winem białym a pianiem koguta związek sympatyczny, sięgający zapewne czasów Noego; jestem pewny, że gdyby święty Piotr owej pamiętnej nocy spędzonej na podwórcu arcykapłana wychylił był kieliszek białego wina mozelskiego lub choćby tylko orleańskiego — nie byłby się zaparł Jezusa, nim drugi kur zapiał199. Nie powinniśmy jednak bynajmniej żałować, mój synu, tego brzydkiego czynu; przepowiednie bowiem musiały się spełnić i gdyby ten Piotr czy Kefas owej nocy nie popełnił był ostatniej nikczemności, nie byłby dziś największym świętym w raju, kamieniem węgielnym naszego Kościoła — ku zawstydzeniu ludzi wedle sądu świata porządnych, którzy patrzeć muszą, jak klucze ich wiecznej szczęśliwości trzyma w ręku łotr nikczemny. Co za zbawienny przykład, który wyrywa człowieka z fałszywych poduszczeń ludzkiego honoru i prowadzi na drogę zbawienia! Co za przemyślny ustrój wiary! Co za mądrość Boska, która wynosi pokornych i nędznych, by poniżyć pysznych! O cudzie! O tajemnico! Ku wiecznej hańbie faryzeuszów i prawników, prosty rybak znad Jeziora Tyberiadzkiego, dla ciężkiej podłości swojej pośmiewisko dziewek kuchennych wraz z nim wygrzewających się na podwórcu arcykapłana, gbur, wyrzekający się mistrza swego i wiary wobec kucht mniej powabnych zapewne od pokojówki pani starościny z Séez — nosi na czole potrójną koronę200, na palcu pierścień arcypasterski, wyniesiony jest nad książąt, biskupów, nad króle i cesarze, ma prawo łączyć i rozłączać; najszanowniejszy mąż, najuczciwsza niewiasta nie wejdą do nieba, jeżeli on im wstępu nie otworzy! Ale powiedz no mi, Rożenku, mój synu, na czym przerwałem wątek mego opowiadania, wplątawszy weń świętego Piotra, księcia apostołów? Zdaje mi się, że mówiłem ci o szklance wina, którą wypiłem o świcie. Zeszedłem zatem w koszuli tylko do kredensu i wyjąłem z szafy, od której klucz przezornie z wieczora już do siebie zabrałem, jedną butelkę, którą z rozkoszą opróżniłem. Po czym, wracając po schodach, spotkałem między drugim a trzecim piętrem białogłówkę201 tylko w biel odzianą, schodzącą po stopniach. Przelękła się bardzo i uciekła w głąb korytarza. Pobiegłem za nią, dognałem, objąłem w ramiona i wycałowałem, party nagłą i niepowściągnioną sympatią. Nie potępiaj mnie, mój synu, uczyniłbyś to samo na moim miejscu, a może i więcej jeszcze. Była to ładna dziewczyna, podobna do pokojówki pani starościny, ale z żywszym spojrzeniem. Nie śmiała krzyczeć, szeptała mi tylko do ucha: „Puść, puść mnie! Szalony jesteś!”. Widzisz, Rożenku, mam jeszcze na ręku ślady jej paznokci; ach, czemuż również żywo nie zachowałem na ustach śladu pocałunków, którymi mnie obdarzyła!

— Co, księże? — zawołałem. — Pocałowała was?

— Bądź pewny, synu — odrzekł mój drogi mistrz — że dostałbyś taki sam uścisk, gdybyś był na moim miejscu; naturalnie pod warunkiem, że skorzystałbyś tak jak ja ze sposobności. Mówiłem ci, że trzymałem ją silnie w objęciach, usiłowała uciec, tłumiła krzyk, żaliła się: „Puść mnie, błagam! Dnieje już, jeszcze chwila, a jestem zgubiona”. Jej obawy, jej strach, niebezpieczeństwo wzruszyłyby barbarzyńcę. Nie jestem okrutnikiem, uwolniłem ją za cenę pocałunku, który też dała mi natychmiast. Wierz mi na słowo — rozkoszniejszego nie otrzymałem nigdy.

W tym miejscu opowiadania mój kochany mistrz uniósł głowę, by pociągnąć tabaki, i zauważył mój smutek i zmieszanie, co wziął za zdziwienie.

— Jakubie Rożenku — rzekł — to, co ci mam dalej powiedzieć, zadziwi cię jeszcze więcej. Z żalem wielkim tedy202 puściłem tę piękną pannę, ale ciekawość moja kazała mi iść za nią. Zeszedłem za nią ze schodów, widziałem, jak przeszła przez sień i wyszła małą furtką wychodzącą na pola, w stronę, gdzie park najrozleglejszy, i pobiegła w aleję. Pobiegłem za nią; wiedziałem przecie, że nie pójdzie daleko tylko w bieli i w czepku nocnym. Weszła na ścieżkę mandragor; to jeszcze spotęgowało mą ciekawość i poszedłem za nią aż do domku Mozaidesa. W tej chwili, w swej brudnej szacie i wielkiej czapce, ukazał się w oknie ten Żyd szkaradny, jak te figurki wyskakujące z uderzeniem południa w starych gotyckich zegarach, przechowywanych w równie gotyckich i równie śmiesznych kościołach ku uciesze prostaków i ku zyskom kościelnego sługi.

Spostrzegł mnie w gęstwinie krzaków w chwili właśnie, gdy ta ładna dziewczyna, chyża jak Galatea203, wśliznęła się do domu. Wyglądało to tak, jak gdybym ścigał ją sposobem a zwyczajem satyrów, o których mówiliśmy kiedyś, komentując piękne ustępy z Owidiusza. Do tego podobieństwa przyczyniał się jeszcze mój strój, bo jak ci mówiłem, mój synu, byłem w koszuli. Na mój widok oczy Mozaidesa błysnęły, wydobył spod swej brudnej żółtej opończy sztylet dość zgrabny, począł wywijać nim przez okno ręką nieociężałą jeszcze od starości i jednocześnie ciskał mi złorzeczenia dwujęzyczne. Tak, Rożenku, moje wiadomości gramatyczne upoważniają mnie do twierdzenia, że wymysły te były w dwu językach i że język hiszpański, a raczej portugalski, mieszał się w nich z hebrajskim. Wściekałem się, że nie rozumiałem dokładnie, co mówił, bo nie znam tych języków, choć poznaję je po pewnych często powtarzających się dźwiękach. Prawdopodobnie posądzał mnie, że chciałem zgwałcić tę dziewczynę, która, jak sądzę, jest Jahelą, jego siostrzenicą. Pamiętasz zapewne — mówił o niej kilkakroć panu d’Astarac. Przekleństwa jego były więc po części pochlebstwem, bo dziś, taki, jakim mnie uczynił bieg lat i trudy burzliwego życia, nie mogę już rościć prawa do miłości młodych dziewic. Niestety! Musiałbym chyba zostać biskupem, by zakosztować tak smacznego kęska. Żałuję tego bardzo, ale nie należy przywiązywać się zbytecznie do znikomych dóbr tego świata i musimy umieć opuścić to, co nas opuszcza.

Mozaides więc, wywijając sztyletem, wydawał z krtani swej to ostre, to chropawe dźwięki, które składały się na hańbiącą mnie arię czy kantylenę204. I nie chwaląc się, mój synu, mogę powiedzieć, że traktował mnie od gwałcicieli i rozpustników w tonie uroczystym i majestatycznym. Gdy skończył nareszcie swe przekleństwa, postarałem się dać mu ripostę dwujęzyczną, tak jak w dwu językach był atak. Po francusku i po łacinie odpowiedziałem mu, że jest mordercą i świętokradcą, gdyż zarzynał niewiniątka i sztyletował hostie poświęcane.

Chłodny wietrzyk poranka, muskając moje nogi, przypomniał mi, że jestem w koszuli; zażenowało mnie to trochę, bo oczywiście brak spodni nie jest to strój odpowiedni dla człowieka chcącego wykazać prawdy święte, zgromić błędy i ścigać zbrodnie. Mimo to odmalowałem mu okropny obraz jego występków i zagroziłem mu sprawiedliwością Boską i ludzką.

— Czyż być może — zawołałem — by ten Mozaides, mający tak ładną siostrzenicę, zarzynał niewiniątka i sztyletował hostie?