— Nie wiem nic o tym — rzekł ksiądz Hieronim Coignard — i nic wiedzieć nie mogę, ale są to zbrodnie jego plemienia i mogę go nimi obarczyć bez obrazy. W osobie tego niewiernego złorzeczyłem całemu szeregowi jego zbrodniczych przodków. Wiesz przecie, co mówią o Żydach i ich ohydnych obrządkach. W starej kosmografii Münstera205 jest rycina przedstawiająca Żydów, kaleczących dziecko; że to Żydzi, łatwo rozpoznać po sukiennym kole naszytym na ich odzieży na znak hańby. Nie sądzę jednak, by było to u nich w ogólnym i codziennym użyciu. Wątpię też, czy Izraelici tak skłonni są do znieważania rzeczy świętych; oskarżać ich o to jest to przypuszczać, że na równi z nami głęboko przejęci są boskością Pana naszego Jezusa Chrystusa. Bez wiary świętokradztwa pojąć niepodobna i Żyd, który przebija sztyletem hostię świętą, tym samym oddaje szczery hołd prawdzie przeistoczenia206. Są to, mój synu, bajki dobre dla prostaków i jeżeli cisnąłem je w twarz temu potwornemu Mozaidesowi, uczyniłem to nie za radą zdrowego sądu, lecz raczej dla zaspokojenia mej gwałtownej niechęci i gniewu.
— Ach — zawołałem — mogłeś zadowolić się, zarzucając mu morderstwo Portugalczyka, którego zabił z zazdrości; tego mordu bowiem dopuścił się naprawdę.
— Co — zawołał mój drogi mistrz — Mozaides zabił chrześcijanina?! Mamy w nim, Rożenku, niebezpiecznego sąsiada. Z tej przygody wyciągniesz zapewne ten co i ja wniosek. Pewne jest, że siostrzenica jego jest kochanką pana d’Astarac i niewątpliwie wracała z jego sypialni, gdym spotkał ją na schodach. Zbyt silną mam wiarę, bym mógł nie żałować, że tak miła osoba należy do plemienia, które ukrzyżowało Jezusa Chrystusa. Niestety! Nie mam wątpliwości, mój synu, że ten szkaradny Mordechaj jest wujem Estery207, dla której zbyteczne jest sześć miesięcy nacierać się mirrą208 i wonnościami, by być godną królewskiego łoża. Nie dla tego starego kruka spagiryty stosowna taka piękność i czuję ochotę zająć się jej osobą. Mozaides musi ukrywać ją starannie, bo gdyby ukazała się w alejach lub w teatrze, miałaby nazajutrz wszystkich u swych stóp. Nie chciałbyś widzieć jej, Rożenku?
Odrzekłem, że pragnąłbym tego bardzo, po czym pogrążyliśmy się obaj w naszym tłumaczeniu greckim.
Pewnego wieczora byłem z moim drogim mistrzem na ulicy du Bac. Było bardzo gorąco i ksiądz Hieronim Coignard rzekł do mnie:
— Jakubie Rożenku, mój synu, czy nie myślisz, że dobrze byłoby skręcić na lewo, w ulicę Grenelle, aby odszukać jakąś gospodę? Na domiar musimy znaleźć gospodarza, który by nam sprzedał dzban wina za dwa su209. Zupełnie jestem ogołocony z pieniędzy, mój synu, a i ty pewnie nie lepiej zaopatrzony jesteś dzięki szczodrości pana d’Astarac, który może robi złoto, ale nie daje go swym sekretarzom i służbie, jak tego na sobie mamy przykład. Pozostawia nas w opłakanym stanie, nie mam całego szeląga w kieszeni i widzę, że będę musiał sprytem i przebiegłością zaradzić temu złemu. Pięknie jest znosić ubóstwo ze spokojem ducha, jak Epiktet, który tym nabył chwały niezniszczalnej, ale jest to ćwiczenie duchowe, którego syt jestem i które wskutek nawyknienia mocno mnie już znudziło. Czas już, bym począł praktykować inną cnotę i nauczył się władać bogactwem, nie będąc przez nie owładnięty, co jest stanem najszlachetniejszym, do którego wznieść się może dusza filozofa. Chcę niedługo mieć dobry jakiś zysk, by dowieść, że statek mój i w powodzeniu się nie zachwieje. Widzisz, Rożenku, że właśnie dumam, jakie by ku temu wynaleźć środki.
Gdy tak ze szlachetną swą wytwornością mówił mój mistrz drogi, zbliżaliśmy się do domu, w którym pan de la Guéritaude ulokował był pannę Katarzynę. „Poznasz go — powiedziała mi — po krzewach różanych na balkonie”. Za ciemno już było, bym mógł je widzieć, lecz zdało mi się, że czuję ich zapach. Zbliżywszy się jeszcze kilka kroków, poznałem Kasię: stała w oknie z koneweczką wody w ręku i podlewała kwiaty. Poznawszy mnie na ulicy, roześmiała się i przesłała mi całusa. Zaledwie to uczyniła, ręka jakaś wysunęła się zza żaluzji i wymierzyła jej policzek, który tak ją przestraszył, że wypuściła z rąk konewkę, a ta o mały włos nie upadła na głowę mego mistrza. Po czym piękność spoliczkowana zniknęła, a policzkujący zajął jej miejsca w oknie i przechyliwszy się za kratę, zawołał:
— Chwała Bogu, że nie jesteś waćpan tym kapucynem. Znieść nie mogę, gdy moja kochanka posyła całusy tej śmierdzącej bestii, która ciągle krąży pod tymi oknami; tym razem przynajmniej mogę się nie rumienić za jej wybór. Wydajesz mi się porządnym człowiekiem; zdaje mi się też, że cię już gdzieś widziałem. Bądź łaskaw przyjść na górę, wieczerza przygotowana w domu. Będzie mi miło, gdy podzielicie ją ze mną — ty i ten ksiądz również, który całą konewkę wody dostał na głowę i otrząsa się jak pudel zmoczony. Po kolacji zagramy w karty, a nad ranem zmierzymy się na szable. Uczynię to jednak tylko z grzeczności, aby cię uczcić, mój panie, gdyż naprawdę ta dziewczyna cięcia szabli nie warta. To szelma, której więcej widzieć nie chcę.
W tym, który tak przemawiał, poznałem owego pana d’Anquetil, którego widziałem niedawno, jak żywo podszczuwał swą służbę w pogoni za bratem Aniołem. Mówił grzecznie i traktował mnie jak szlachcica; odczuwałem dobrze, jakim względem jest to dla mnie, że zgadza się bić ze mną. Mój drogi mistrz nie mniej odczuwał tyle uprzejmości z jego strony. Dostatecznie otrząsłszy się, rzekł:
— Rożenku, mój synu, na tak miłe zaproszenie odmówić nie możemy.