Już dwaj lokaje zeszli z pochodniami i wprowadzili nas do sali, gdzie na stole srebrnymi świecznikami oświetlonym przygotowana była wieczerza. Pan d’Anquetil prosił, byśmy zasiedli, i ksiądz Coignard zawiązał już był serwetę pod brodę i zatopił widelec w pierś kwiczoła210, gdy uszów naszych doszedł odgłos płaczu i łkania.

— Nie zważajcie na to — rzekł pan d’Anquetil — to Kasia tak lamentuje w pokoju, gdzie ją zamknąłem.

— Ach, panie, trzeba jej wybaczyć — rzekł mój mistrz, żałośnie patrząc na kwiczoła nadzianego na ostrzu swego widelca. — Najsmaczniejsze potrawy gorzkie są, gdy zaprawne łzami i jękiem. Czyż możesz ze spokojnym sercem dać płakać kobiecie? Przebacz jej, proszę cię! Czy tak wielka to wina, że posłała całusa memu młodemu uczniowi, który był jej sąsiadem i towarzyszem w czasach wspólnej biedy, gdy ta piękna dziewczyna słynęła z wdzięków jedynie pod altanką „Małego Bachusa”? Jest to rzecz zupełnie niewinna, o ile niewinnym i zupełnie wolnym od zmazy pierworodnej może być czyn ludzki, a zwłaszcza czyn kobiety. Pozwól pan też powiedzieć sobie, iż zazdrość jest uczuciem gotyckim, smutną pozostałością obyczajów barbarzyńskich i że nie powinna istnieć w duszy wytwornej i szlachetnie urodzonej.

— Mości księże — odrzekł pan d’Anquetil — z czego to wnioskujesz, że jestem zazdrosny? Nie jestem nim, ale nie znoszę, by kobieta kpiła sobie ze mnie.

— Jesteśmy igraszką wichrów — rzekł, wzdychając, mój mistrz. — Wszystko z nas szydzi: niebo, gwiazdy, deszcz, zefiry, cienie, światło i kobieta. Pozwól pan, by Kasia wieczerzała z nami. Ładna jest i rozweseli naszą ucztę. Cokolwiek zawinić mogła, całus ten i reszta nie mniej miłą czyni ją dla oczu. Niewierność kobiet nie szpeci ich rysów. Przyroda, która lubi je zdobić, obojętna jest na ich błędy. Naśladuj ją pan i przebacz Kasi.

I ja przyłączyłem swe prośby do próśb mego drogiego mistrza; pan d’Anquetil zgodził się uwolnić uwięzioną. Zbliżył się do drzwi, skąd dochodziły łkania, otworzył je i zawołał na Kasię, która odpowiedziała tylko silniejszym jeszcze płaczem.

— Panowie — rzekł, zwracając się do nas, jej kochanek — oto leży na łóżku, rozciągnięta na brzuchu jak długa, z głową w poduszkach. Jak śmiesznie zadem trzęsie za każdym łkaniem! Przypatrzcie się tylko: oto za czym tyle zabiegamy i dla czego popełniamy tyle głupstw. Kasiu, chodź na kolację.

Ale Kasia nie ruszyła się z miejsca i płakała dalej. Pociągnął ją za rękę, ujął wpół — opierała się ciągle. Począł nalegać:

— No, chodź, pieszczotko.

Ale Kasia upierała się, nie odwróciła się nawet i dalej obejmowała poduszki i materac. Kochanek jej zniecierpliwił się i szorstko klnąc, zawołał: