— Masz rację — rzekł jeszcze mój mistrz. — Zwierzę ludzkie, takie jak jest, nie może być cnotliwe bez jakiejś ułomności. Spójrz, proszę, na tę ładną dziewczynę tu za naszym stołem, spójrz na jej małą główkę, na piękne piersi, łono dziwnie krągłe — gdzie, w jakim miejscu tej osoby mogłoby się schować źdźbełko cnoty? Miejsca nie ma na to, tak tu wszystko jest pełne, krągłe, twarde, soczyste. Cnota jak kruk gnieździ się w ruinach: zamieszkuje doły i zmarszczki ciał. Ja sam, panie mój, choć od dzieciństwa oddany surowym rozmyślaniom nad religią i filozofią, tylko poprzez szczerby, które w mej osobie poczyniły wiek i cierpienie, zdołałem cokolwiek wchłonąć w siebie cnoty. A i to wyznać trzeba, że więcej jeszcze przejmowałem się pychą niż cnotą. Toteż do boskiego Stwórcy taką zanoszę modlitwę: „Boże mój, uchowaj mnie od cnoty, jeśli ona oddalić mnie ma od świątobliwości”. Ach, świątobliwość! Oto co możemy i powinniśmy osiągnąć. Oto właściwy dla nas kres! Daj nam, Boże, szczęśliwie do niego dopłynąć! Tymczasem daj mi pan pić.
— Wyznam ci też — rzekł pan d’Anquetil — że nie wierzę w Boga.
— To potępiam stanowczo, mój panie — rzekł ksiądz. — Trzeba wierzyć w Boga i we wszystkie prawdy naszej świętej wiary.
Pan d’Anquetil obruszył się.
— Kpisz, mój księże, masz mnie za głupszego niż jestem. Powtarzam ci, że nie wierzę w Boga ani w czarta, nie chodzę nigdy na mszę, chyba na mszę królewską. Kazania księży są bajkami starych bab, możliwymi może w czasach, kiedy babka moja jeszcze widziała księdza de Choisy213, przebranego za kobietę i rozdającego chleb święcony u Świętego Jakuba-du-Haut-Pas. W owe czasy istniała jeszcze wiara; teraz nie ma jej już, dzięki Bogu.
— Na wszystkich świętych i na wszystkich diabłów, mój drogi, nie mów tak! — krzyknęła Kasia. — Jest Bóg; taka to prawda, jak że ten pasztet stoi na stole, a dowodem tego, że gdy zeszłego roku byłam raz w wielkim strapieniu a biedzie i z porady brata Anioła ofiarowałam świeczkę do kościoła kapucynów, na przechadzce już nazajutrz spotkałam pana de la Guéritaude, który dał mi ten domek z wszystkimi meblami, z piwnicą pełną win, które dziś spijamy, i dosyć pieniędzy, by żyć przyzwoicie.
— Pfe! — rzekł pan d’Anquetil. — Głupia, miesza Boga w tak brudne sprawy; to obrzydliwość, która razi każdego, nawet ateusza.
— Panie — rzekł mój drogi mistrz — lepiej jest, jak to czyni ta prosta dziewczyna, kłaść Boga do brudnych sprawek, aniżeli za twoim przykładem wypędzać Go ze świata, który stworzył. Jeżeli nie On sam przywiódł Kasi, która także jest jego stworzeniem, tego grubego płatnika, niemniej pozwolił, by go spotkała. Nieznane nam są drogi Jego, i to, co mówi ta dziewczyna, choć pomieszane i spojone nieco z bluźnierstwem, więcej prawdy zawiera, niż puste słowa, które pyszny niedowiarek czerpie z próżni swego serca. Nie ma nic wstrętniejszego nad tę lekkomyślność w rzeczach wiary, którą popisuje się tak chętnie młodzież dzisiejsza. Słowa twoje przejmują zgrozą. Czyż odpowiem na nie dowodami czerpanymi z ksiąg świętych i pism ojców Kościoła? Czy dam ci słyszeć, jak Bóg mówi do patriarchów i proroków: Sic locutus est Abraham ei semini eius in saecula214? Czyż rozwinę przed twym wzrokiem tradycję Kościoła? Czyż powołam przeciw tobie świadectwo obydwóch Testamentów? Czyż pognębię cię cudami Chrystusowymi i słowem Jego, równie cudownym jak czyny? Nie, nie użyję tych świętych broni, lękałbym się znieważyć je w tej walce nieuroczystej. Kościół przezornie ostrzega nas, byśmy tego, co miało być ku zbudowaniu, nie narażali na zgorszenie. Toteż milczeć będę o świętych prawdach, w których wzrosłem u stóp ołtarzy. Lecz nie gwałcąc czystej skromności mej duszy, nie narażając na profanację świętych tajemnic, ukażę ci jak Bóg objawia się rozumowi ludzkiemu w filozofii pogan, nawet w zdaniach niedowiarków. Tak, panie, przekonam cię, że ty nawet utrzymując, że Bóg nie istnieje, sam wyznajesz Go mimo twej woli. Bo na to zgodzisz się ze mną, że jeżeli istnieje ład na świecie, jest to ład boski i że wypływa ze źródła i krynicy wszelkiego ładu.
— Zgadzam się — rzekł pan d’Anquetil, rozpierając się w fotelu i głaszcząc swą istotnie kształtną łydkę.
— Uważaj zatem — ciągnął dalej mój drogi mistrz. — Gdy mówisz, że Boga nie ma, cóż czynisz wtedy? Wiążesz szereg myśli, układasz rozumowania, sam stajesz się objawem źródła wszelkiej myśli, wszelkiego rozumowania, którym jest Bóg właśnie. I czyż można starać się dowieść, że Bóg nie istnieje, nie świecąc zarazem w najnędzniejszym rozumowaniu, które jednak jeszcze jest rozumowaniem, cząstką tej harmonii, którą on ustanowił w wszechświecie?