— Mój księże — odrzekł pan d’Anquetil — jesteś uciesznym sofistą215. Wiadomo dziś, że świat jest dziełem czystego przypadku i nie można już mówić o Opatrzności, odkąd fizycy przez lunetę dostrzegli na księżycu żaby ze skrzydłami.

— A więc drogi panie — odparł mój mistrz — nie sierdzi216 mnie to wcale, że są na księżycu żaby uskrzydlone. Takie ptaki błotne są godnymi mieszkańcami świata nieuświęconego przez krew Pana naszego Jezusa Chrystusa. Przyznaję, że znamy tylko małą cząstkę wszechświata, i bardzo być może że, jak mówi pan d’Astarac, który zresztą jest wariatem — świat ten jest tylko kroplą błota wśród nieskończoności światów innych. Być może, że astrolog Kopernik nie śnił tylko, gdy nauczał, że ziemia nie jest matematycznym centrum stworzenia. Czytałem też, że Włoch pewien, imieniem Galileusz217, który wprawdzie marnie skończył — podzielał te zapatrywania, a ostatnio pan de Fontenelle218 także z nimi się zgadza. Ale są to tylko złudne pojęcia, zdolne jedynie zamącić słabsze umysły. Nieważna to rzecz, czy świat fizyczny jest większy czy mniejszy, tego lub innego kształtu. To, że jedynie inteligencją i rozumem objąć go możemy, wystarcza, by dowieść istnienia w nim Boga.

Jeżeli medytacje mędrca mogą ci być przydatne, panie, opowiem ci, jak mi się nagle w całej swej jasności ukazał dowód istnienia Boga, dowód lepszy od dowodu świętego Anzelma219 i niezależny zupełnie od prawd Objawienia.

Było to w Séez, przed dwudziestu pięciu laty. Byłem bibliotekarzem księdza biskupa i pracowałem w galerii, której okna wychodziły na podwórze, gdzie każdego ranka widywałem pomywaczkę czyszczącą rondle jego eminencji.

Była to dziewczyna młoda, wysoka i krzepka; lekki meszek ocieniał jej górną wargę i nadawał jej twarzy pyszny, podniecający wdzięk. Jej rozwichrzone włosy, płaska pierś, długie, szczupłe ramiona, godne były zarówno Adonisa220, jak Diany221; była to piękność chłopięca. Kochałem ją za to, kochałem jej duże, czerwone ręce, dziewczyna ta wzbudzała we mnie żądzę gwałtowną i brutalną jak ona sama. Wiesz dobrze, jak nieprzeparte są podobne uczucia. Z mego okna kilku gestami i słowy dałem jej poznać me zapały; jeszcze zwięźlej wskazała mi, że im najzupełniej odpowiada, i naznaczyła mi na następną noc schadzkę na strychu, gdzie sypiała na wiązce siana, z łaski jego eminencji, u którego była pomywaczką. Niecierpliwie czekałem nocy i gdy nareszcie ciemność okryła ziemię, wziąłem drabinę i wdrapałem się na strych, gdzie na mnie czekała ta dziewczyna. Pierwszą moją myślą było uściskać ją, drugą — podziwiać ciągłość zdarzeń, która przywiodła mnie w jej ramiona. Bo zważ tylko, mój panie: młody duchowny, dziewka kuchenna, drabina, wiązka siana! Co za ciągłość! Co za ład! Co za zbieg harmonii przedustawnych222! Co za związek przyczyn i skutków! Co za dowód istnienia Boga! Byłem tym żywo uderzony i rad byłem dołączyć ten dowód świecki do dowodów innych, których dostarcza teologia i które zresztą są aż nadto dostateczne.

— Księże kochany! — rzekła Kasia — jedno złe jest w tej sprawie: to, że dziewczyna ta nie miała piersi; kobieta bez piersi jest jak łóżko bez poduszek. Ale czyż nie wiesz d’Anquetil, co teraz trzeba zrobić?

— Tak — odrzekł — trzeba zagrać w lombra223, bo to gra się we troje.

— Jeżeli chcesz — rzekła. — Ale co do mnie, proszę cię, byś kazał podać fajki. Nic przyjemniejszego jak palić fajeczkę, popijając wino.

Lokaj przyniósł karty i fajki, które zaraz zapaliliśmy; wkrótce pokój pełen był obłoków dymu, wśród którego majaczyły figury pana d’Anquetil i księdza Coignarda, grających uważnie w pikietę224. Szczęście sprzyjało memu drogiemu mistrzowi, aż do chwili, gdy pan d’Anquetil, któremu zdało się, że już po raz trzeci zauważa, iż ksiądz Coignard znaczy więcej punktów, niż ma w istocie, zaczął go lżyć, nazywając oszustem, szulerem, rzezimieszkiem, w końcu cisnął nań butelką, która rozbiła się o stół i zalała obrus winem.

— Trzeba więc będzie, mój panie — rzekł ksiądz — abyś kazał odkorkować inną butelkę, bo nam się jeszcze pić chce bardzo.