— Chętnie — odpowiedział pan d’Anquetil — ale pamiętaj ksiądz, że nie znaczy się punktów, których się nie ma, i że grać w karty fałszywie można tylko, gdzie są rozmaici ludzie, którym się nic nie należy, gdzie indziej zaś jest to rzecz brzydka. Czy chcesz, by cię miano za łotrzyka?

— To szczególne — odrzekł ksiądz Coignard — że w grze w karty lub w kości potępia się to, co zalecane jest w sztuce wojennej, polityce i handlu, gdzie to każdy za zaszczyt sobie poczytuje poprawiać omyłki fortuny. Nie dlatego to mówię, bym nie przestrzegał ścisłej uczciwości w grze. Jestem w tym bardzo skrupulatny i śniło ci się, mój panie, gdyś przypuszczał, że znaczę punkta, których nie mam. Gdyby inaczej było, powołałbym się na przykład błogosławionego biskupa z Genewy225, który bez skrupułów oszukiwał w grze. Nie mogę jednak powstrzymać się od uwagi, że ludzie w grze w karty są daleko delikatniejsi niż w sprawach ważniejszych i są rzetelniejsi w grze w kości, gdzie to tylko nieznacznie ich krępuje, niż w prowadzeniu wojny lub w zawieraniu pokoju, gdzie to nie byłoby dogodne. Aelianus226 napisał po grecku dzieło o wybiegach wojennych, gdzie uwidacznia dobrze, do jakiego stopnia niektórzy wielcy wodzowie posuwali swe podstępy.

— Nie czytałem twego Aelianusa — rzekł pan d’Anquetil — i w życiu czytać go nie będę. Byłem na wojnie, jak każdy dobry szlachcic, służyłem królowi osiemnaście miesięcy; jest to najszlachetniejszy zawód. Powiem ci, na czym zasadza się właściwie. Mogę ci powierzyć ten sekret, skoro nikt go więcej nie usłyszy jak ty, te butelki, ten pan, którego niedługo zabiję, i ta dziewczyna, która właśnie się rozbiera.

— Tak — rzekła Kasia — jest mi za gorąco i rozbieram się do koszuli.

— A więc — ciągnął dalej pan d’Anquetil — cokolwiek by mówiły gazety, wojna polega jedynie na rabowaniu chłopom kur i świń; żołnierze podczas kampanii tylko tym się zajmują.

— Masz zupełną słuszność — rzekł mój dobry mistrz — mówiono niegdyś w Galii227, że kochanką żołnierza jest pani Grabież. Ale proszę cię, nie zabijaj mi mego ucznia, Jakuba Rożenka.

— Księże — rzekł pan d’Anquetil — honor zmusza mnie do tego.

— Uf — rzekła Kasia, układając na piersiach koronki swej koszuli — lepiej mi tak.

— Panie — mówił dalej mój mistrz — Jakub Rożenek bardzo mi jest użyteczny przy tłumaczeniu Zosimosa Panopolitańczyka, czym właśnie się trudnię; będę ci nieskończenie zobowiązany, jeżeli zechcesz bić się z nim dopiero po ukończeniu tego wielkiego dzieła.

— Kpię z twego Zosimosa — rzekł pan d’Anquetil. — Kpię sobie z niego, słyszysz, księże. Kpię sobie, jak król ze swej pierwszej kochanki. Któż to jest ten Zosimos?