— Ach, Jahelo — zawołałem — jestem bardzo nieszczęśliwy! Zdradziłaś mnie i nie kochasz mnie już.
— Kto ci powiedział, że cię nie kocham? — odrzekła, zwracając na mnie swe aksamitne spojrzenie pełne ognia.
— Niestety, panno Jahelo, wynika to dość jasno z twego postępowania.
— Jak to! Jakubie, żałujesz mi wyprawy z holenderskiego płótna i srebrnych naczyń, które mi ten szlachcic obiecał? Żądam od ciebie trochę dyskrecji, aż do czasu, gdy dopełni swych obietnic, a zobaczysz, że będę dla ciebie tym, czym byłam w Croix des Sablons.
— Niestety, Jahelo! A tymczasem rywal mój będzie z twych łask korzystał.
— Czuję — odrzekła — że nie będzie to nic wielkiego i że nic nie zatrze wspomnienia, które mi pozostawiłeś. Nie martw się tymi bagatelkami; sam sobie szkodzisz, że nadajesz im jakąś wartość, której nie mają.
— Ach! — zawołałem. — Sama myśl o tym jest mi okropna i wątpię, czy przeżyję tę zdradę!
Spojrzała na mnie z szyderczą sympatią i uśmiechając się, rzekła:
— Wierz mi, mój drogi, że ani ja, ani ty nie umrzemy z tego. Pomyśl, Jakubie, że potrzebna mi bielizna i naczynia. Bądź ostrożny, nie zdradź uczuć, które tobą miotają, a obiecuję ci wynagrodzić później twą dyskrecję.
Ta nadzieja ułagodziła trochę mój smutek dojmujący. Gospodyni nakryła stół obrusem pachnącym lawendą, postawiła cynowe talerze, kubki i dzbany. Jeść mi się chciało bardzo, toteż gdy pan d’Anquetil, wróciwszy do izby z księdzem, prosił, byśmy z nim jedli, chętnie zająłem miejsce między Jahelą a mym drogim mistrzem.