Z obawy przed pogonią, uporawszy się z trzema omletami i dwoma kurczętami, pojechaliśmy dalej, postanowiwszy w tak nagłym niebezpieczeństwie nie popasać aż w Sens, gdzie zdecydowaliśmy się zanocować.

Jak najokropniej wyobrażałem sobie tę noc, w której miała się dopełnić zdrada Jaheli! Tą myślą, łatwo zrozumiałą, tak byłem wstrząśnięty, że nie zwracałem prawie uwagi na dyskursy mego mistrza, któremu najbłahsze zdarzenia podróży dawały asumpt304 do cudownych rozmyślań. Obawy moje nie były płonne. Przybywszy do Sens, stanęliśmy w nędznej oberży pod „Zbrojnym Mężem” i zaledwie spożyliśmy wieczerzę, pan d’Anquetil wprowadził Jahelę do swego pokoju, który sąsiadował z moim; toteż ani chwili spoczynku nie zakosztowałem tej nocy. Wstałem nade dniem i porzucając ten nienawistny pokój, poszedłem usiąść we wrotach z pocztylionami, zapijającymi wino i przekomarzającymi się z pokojówkami: siedziałem tak kilka godzin, pogrążony w swym smutku. Powóz już stał zaprzężony, gdy w bramie ukazała się Jahela, okutana od zimna w czarny płaszcz. Nie mogąc znieść jej widoku, odwróciłem głowę, ale ona podeszła i usiadłszy przy mnie na przyzbie305, perswadowała mi łagodnie, bym się nie martwił, bo to, co sobie tak strasznym wyobrażam, jest w rzeczywistości drobnostką, że trzeba się z tym pogodzić, że jestem chyba zbyt rozumny, aby pragnąć kobiety wyłącznie dla siebie, bo w takim razie musiałbym chyba wziąć gosposię głupią i brzydką, a nawet wtedy też jeszcze wielkie jest ryzyko.

— Muszę cię porzucić — dodała — słyszę kroki pana d’Anquetil na schodach.

I po tych słowach pocałowała mnie w same usta, umyślnie przedłużając na pół zmieszaną z trwogą rozkosz tego pocałunku. Obok nas schody skrzypiały pod butami jej kochanka i psotnica ryzykowała w pocałunku swe płótno, kiesę i naczynia srebrne.

Pocztylion opuścił stopień małego przedziału, ale pan d’Anquetil zapytał Jaheli, czy nie byłoby przyjemniej, byśmy jechali wszyscy razem w jednym przedziale... Nie uszło mej uwagi, że był to pierwszy skutek jego bliskiego stosunku z Jahelą i że zupełne zadowolenie żądzy czyniło mu już pobyt sam na sam z nią rzeczą nie tak miłą. Mój drogi mistrz nie omieszkał pożyczyć z piwnicy pod „Zbrojnym Mężem” i umieścić pod siedzeniem pięć czy sześć butelek białego wina, które popijaliśmy dla skrócenia czasu i nudów podróży.

W południe przybyliśmy do dość ładnego miasteczka Joigny. Przewidując, że nie wystarczę pieniędzmi do końca podróży, a nie chcąc bez ostatecznej potrzeby znieść, by pan d’Anquetil płacił za mnie, postanowiłem sprzedać pierścień i medalion, który miałem od matki, i w tym celu przebiegłem miasto, poszukując złotnika. Znalazłem na rynku naprzeciw kościoła złotnika, który miał tam sklep pod „Dobrą Wiarą” i handlował łańcuszkami i krzyżykami. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem tam przed ladą mego drogiego mistrza. Z papierowej tutki wyjmował właśnie pięć czy sześć małych diamencików — poznałem zaraz, że były to te same, które widzieliśmy dawniej u pana d’Astarac — i zapytywał złotnika, jaką cenę dałby za te kamienie.

Złotnik przyjrzał im się i przez okulary spoglądając na księdza spode łba, rzekł:

— Panie — rzekł — te kamienie byłyby dużo warte, gdyby były prawdziwe. Są one jednak fałszywe, nie trzeba nawet kamienia probierczego, by się o tym przekonać; są to szklane paciorki dobre do zabawy dla dzieci, a najwyżej można z nich zrobić koronę Matki Boskiej w jakimś wiejskim kościółku, gdzie może jeszcze nieźle by wyglądały.

Na te słowa ksiądz Coignard odebrał swoje diamenty i szybko wyszedł ze sklepu. Odwracając się tyłem od lady, spostrzegł mnie i zdawał się dość zmieszany tym spotkaniem. W kilka chwil załatwiłem swój interes i zastawszy jeszcze mego mistrza na progu, przedstawiłem mu, jaką krzywdę mógł zrobić sobie i swym towarzyszom, pochwyciwszy na drogę te kamienie, które przecie na nieszczęście mogły były być prawdziwe.

— Mój synu — odpowiedział — Bóg, by mnie zachować od winy, sprawił, że wartość tych kamieni była tylko złudą i fałszem. Przyznaję, że źle zrobiłem, zabierając je chyłkiem. Widzisz, żem przejęty żalem z tego powodu. W księdze mojego życia jest to kartka, którą rad bym wyrwać — co prawda, wraz z kilku innymi, które nie są tak czyste i nieskalane, jakby być powinny. Czuję żywo całą naganność mego postępowania w tym względzie. Ale człowiek nie powinien zbytnio być przygnębiony, gdy w błąd popadnie; i tu jest oto chwila właściwa, bym wraz z znakomitym mędrcem powiedział sobie: „Zważ, jak często w najbłahszych okolicznościach słaba i krucha natura twoja wystawiona jest na próbę; niemniej jednak te i inne próby są dla twego zbawienia potrzebne. Gdy często smucisz się i kuszony jesteś, a nawet gdy ulegniesz pokusie, nie wszystko jeszcze stracone dla ciebie. Człowiek jesteś, a nie Bóg, istota z krwi i ciała — nie zaś anioł. Jakże mógłbyś stale przebywać w cnocie, kiedy nie mogli dokazać tego aniołowie w niebie, ani pierwszy człowiek w raju?”306. Oto, Rożenku, mój synu, prawdziwa mowa i jedyne rozmyślanie duchowne stosowne dla obecnego stanu mej duszy. Ale czy nie byłaby pora po tej nieszczęsnej sprawie, o której już wspominać nie chcę, wrócić do oberży i wypić parę butelek tutejszego wina w towarzystwie pocztylionów, ludzi prostych i łatwych w obejściu?