Byłem tego samego zdania; powróciliśmy zatem do oberży, gdzie zastaliśmy pana d’Anquetil, który też właśnie z miasta powrócił i przyniósł z sobą karty. Zaraz też zasiadł do pikiety z moim mistrzem drogim, a gdy znowu ruszyliśmy w drogę, grali, nie zważając na nic, w powozie. Ta namiętność do gry, pochłaniając mego rywala, dawała mi znów pewną swobodę wobec Jaheli, która, nieco opuszczona, chętniej teraz rozmawiała ze mną. W tych rozmowach była dla mnie gorzka rozkosz. Wyrzucałem jej zdradę i niewierność, wylewałem mój smutek w skargach to miękkich, to znów gwałtownych.

— Niestety, Jahelo — mówiłem — żywe wspomnienie naszych pieszczot, które było moją najwyższą rozkoszą, stało się dla mnie okrutną męką, gdy myślę, że jesteś dziś dla innego tym, czym niedawno byłaś dla mnie.

Odrzekła na to:

— Kobieta nie jest taka sama dla każdego.

A gdy mimo tego skarżyłem się i narzekałem dalej, dodała:

— Wierzę, że sprawiam ci przykrość, ale to nie powód, abyś mnie sto razy na dzień zabijał twymi niepotrzebnymi jękami.

Pan d’Anquetil, gdy przegrywał, bywał w złym humorze i bez powodu molestował Jahelę, która zniecierpliwiona łatwo, odgrażała się, że napisze do swego wuja Mozaidesa, by przybył ją odebrać. Sprzeczki te z początku napełniały mnie radosną otuchą; wkrótce po kilku razach przekonałem się jednak, że żadnego z nich nie osiągnę zysku, bo kończyły się zawsze zgodą gwałtowną, wybuchającą w namiętnych pocałunkach, szeptach i westchnieniach lubieżnych.

Pan d’Anquetil niezbyt chętnie mnie znosił, miał za to żywe przywiązanie do mego drogiego mistrza, który zasługiwał na nie przez swój równy i pogodny humor oraz niezrównaną wytworność umysłu. Grali i pili razem, z co dzień wzrastającą sympatią. Położywszy deseczkę na kolanach, przebijali kartami dzień cały, śmiejąc się, żartując, przekomarzając się. A chociaż zdarzało się, że ciskali sobie karty w twarz przy akompaniamencie wymysłów, od których zarumieniłby się tragarz z portu św. Mikołaja lub przewoźnik z Mail; chociaż pan d’Anquetil klął się na Boga, Matkę Boską i wszystkich świętych, że nawet na stryczku nie widział gorszego łotra jak ksiądz Coignard — czuć było, że kochał go bardzo, i przyjemnie było słyszeć, gdy w chwilę potem wołał, śmiejąc się wesoło:

— Księże dobrodzieju, będziesz moim jałmużnikiem i partnerem do pikiety. Musisz także brać udział w polowaniach; poszukam ci konia dość grubego, aby mógł cię unieść, i sprawię ci kostium łowiecki taki, jak miał biskup z Uzès. Czas zresztą wyekwipować cię na nowo, bo nie wymawiając, spodnie twoje ledwie trzymają się ciała.

Jahela także ulegała ogólnemu nieprzepartemu pociągowi sympatii dla mego drogiego mistrza. Postarała się też, o ile można było, zaradzić brakom jego toalety; pocięła na strzępy jedną ze swych sukien, by zreperować sutannę i pluderki naszego czcigodnego przyjaciela i dała mu na sporządzenie żabotu chusteczkę koronkową.