Mój drogi mistrz przyjmował te dary z godnością pełną wdzięku. Zauważyłem już kilkakrotnie, że względem kobiet był bardzo elegancki. Okazywał im zajęcie, nie będąc przy tym niedyskretnym, chwalił je ze znajomością znawcy, dawał im rady doświadczone, zlewał na nie niezmierną pobłażliwość serca, gotowego przebaczyć wszelkie słabości, a nie zaniedbywał jednak nigdy okazji, by wymownie przedstawić im prawdy wielkie i pożyteczne.

Czwartego dnia przybyliśmy do Montbard i zatrzymaliśmy się na wzgórku, skąd na małej przestrzeni widać było całe miasto, jakby z najdrobniejszymi szczegółami namalowane przez zręcznego malarza.

— Patrzcie — rzekł mój drogi mistrz — na te mury, wieże, dzwonnice, dachy, wynurzające się z zieleni; oto jest miasto! Mniejsza o jego imię i dzieje; i tak warto się nad tym zastanowić, bo zaiste miasto — najgodniejszy to na świecie przedmiot rozmyślań. Rzeczywiście, wszelkie miasto musi być podstawą do spekulacji filozoficznej. Pocztylioni powiedzieli nam: oto Montbard. Nie znam tej miejscowości, ale nie lękam się twierdzić przez analogię, że mieszkający tu ludzie, nasi bliźni, są egoiści, nikczemni, fałszywi, łakomi, rozpustni. Inaczej nie byliby ludźmi i nie pochodziliby od tego Adama, czcigodnego i nędznego zarazem, w którym wszystkie popędy nasze, aż do najnikczemniejszych nawet, biorą wzniosły swój początek. Co do jednej tylko kwestii wahać by się można: do czego więcej rwą się ci ludzie, do odżywiania się czy też do rozmnażania? Chociaż i tu wątpliwość niemożebna; myśliciel rozumnie osądzi, że głód jest dla tych nieszczęśliwych potrzebą bardziej naglącą niż miłość. W pierwszej młodości myślałem, że zwierzę ludzkie nade wszystko ma popęd do stosunku płciowego; ale było to złudzenie; jasna jest, że ludzie więcej dbać muszą o zachowanie niż o rozdawanie życia. Głód więc jest osią ludzkości; a że zresztą nie ma się o co sprzeczać, powiem, jeśli chcecie, że życie śmiertelników dwa ma bieguny: głód i miłość. Tu otwórzcie na słowa moje słuch i duszę. Te wstrętne istoty, skłonne jedynie do wzajemnego pożerania się lub do wściekłych uścisków, żyją razem, poddane prawom, które zakazują im właśnie zaspokajać obie te podstawowe ich żądze. Te naiwne zwierzęta, stawszy się obywatelami, chętnie odmawiają sobie niejednego, szanują dobro cudze, co jest rzeczą nadzwyczajną, skoro zważymy ich przyrodzoną chciwość, oraz przestrzegają wstydliwości, co jest ogromną, a powszechną hipokryzją, polega zaś ona, by mówić rzadko o tym, o czym myśli się ciągle.

Bo, szczerze mówiąc, panowie, gdy widzimy kobietę, nie na piękność jej duszy, nie na wdzięk jej umysłu zwracamy naszą uwagę; rozmawiając z nią, baczymy przede wszystkim na jej kształty przyrodzone. I to miłe stworzenie tak dobrze wie o tym, że pięknie ubierając się, po to tylko osłania swe wdzięki, aby przez sztukę uczynić je jeszcze ponętniejszymi. Panna Jahela, choć nie jest istotą dziką, też byłaby zrozpaczona, gdyby sztuka o tyle przeważyła u niej nad przyrodą, że nie można by już zauważyć jej pełnych piersi i krągłych bioder. I tak, jak bądź będziemy się zapatrywali na ludzi, od upadku Adama widzimy, że są zgłodniali i niewstrzemięźliwi. Jakże więc się dzieje, że skupieni po miastach, nakładają sobie prywacje307 wszelkiego rodzaju i poddają się zasadom sprzecznym z ich zepsuciem przyrodzonym? Powiedziano, że ludzie widzieli w tym swą korzyść i że czuli, iż za cenę tego przymusu okupują bezpieczeństwo swoje. Nie można jednak przypisywać im tyle zdolności rozumowania; a co więcej, rozumowanie to jest błędne, boć nonsensem jest ratować życie kosztem tego, co stanowi życia tego rację bytu i wartość. Powiedziano też, że strach utrzymuje ludzi w posłuszeństwie, i prawda to, że więzienie, szubienica i koła katowskie świetnie zapewniają poszanowanie prawu. Ale nie ulega wątpliwości, że i przesąd dopomaga prawom, inaczej bowiem niepodobna zrozumieć, jak przymus mógłby był stać się tak powszechny. Określa się prawo jako konieczny stosunek rzeczy, a widzieliśmy oto, że stosunek ten jest właśnie sprzeczny z naturą, bynajmniej zaś z natury samej nie wynika. Toteż, panowie, źródła i pochodzenia praw szukam nie w człowieku, lecz poza człowiekiem, i skłonny jestem wierzyć, że obce są one człowiekowi i pochodzą od Boga, który swymi tajemniczymi rękami utworzył nie tylko ziemię i wody, rośliny i zwierzęta, ale też narody i społeczeństwa. Wierzyć chcę, że prawa pochodzą prosto od Niego, z Jego pierwszego dekalogu i że są nieludzkie, dlatego, że są Boskie. Rozumie się, że mam na myśli tylko samą zasadę i główną treść prawa i że nie wchodzę w śmieszną różnorodność i pożałowania godne formuły kodeksów prawniczych. Szczegóły obyczajów i przepisów piśmiennych czy ustnych są działem danym przez człowieka i tą częścią praw należy słusznie pogardzać.

Ale przyznajmy śmiało, że społeczność jest ustanowiona przez Boga. Stąd wynika, że wszelki rząd winien być teokratyczny. Ksiądz, sławny przez udział, jaki miał w deklaracji 1682 roku308, biskup Bossuet, miał rację, gdy chciał podług maksym Pisma nakreślić zasady polityki. Że mu się to marnie udało, należy jedynie winić słabość jego umysłu, który trzymał się bezmyślnie przykładów czerpanych z Ksiąg Sędziów i Ksiąg Królów, nie bacząc na to, że Bóg kiedy coś robi na świecie, stosuje się do czasu i przestrzeni i umie zachować różnicę między Francuzami a Izraelitami. Społeczność, poddana znowu swej prawdziwej i jedynie prawej zwierzchności, nie będzie społecznością Jozuego, Saula, Dawida309, lecz raczej społecznością wedle Ewangelii, społecznością biednych, gdzie robotnik i prostytutka nie będą więcej poniżeni przez faryzeusza. Jakże należałoby wysnuć z Pisma politykę piękniejszą i świętszą niż ta, którą zeń wydobył ten kamienisty i bezpłodny pan Bossuet! Co za gród, bardziej harmonijny niż ten, który wzniosły dźwięki liry Orfeuszowej310, zbudować będzie można na przepisach Jezusa Chrystusa w dniu, gdy jego kapłani, niezaprzedani już cesarzom i królom, staną jako prawdziwi książęta ludu!

Gdy staliśmy tak około mego mistrza, słuchając jego dyskursu, otoczyła nas niepostrzeżenie gromada żebraków, którzy kulejąc, drżąc, śliniąc się, wstrząsając okaleczałymi członkami i wiszącymi wolami, ukazując obrzydliwe i cuchnące rany, domagali się jałmużny wśród natrętnych błogosławień. Rzucili się chciwie na kilka groszaków, które im cisnął pan d’Anquetil, i wszyscy razem tarzali się w pyle.

— Żal bierze patrzeć na tych nieszczęśliwych — westchnęła Jahela.

— Litość ta — rzekł ksiądz Coignard — stroi waćpannę jak klejnoty; westchnienie zdobi twą pierś, podnosząc ją tchnieniem, którym każdy z nas pragnąłby odetchnąć na twych ustach. A jednak, wybacz mi, ta tkliwość, choć interesowna, niemniej przeto wzruszająca — tak wstrząsa cię do głębi przez porównanie tych nieszczęśliwych z sobą samą, przez instynktowną myśl, że twoje ciało młode jest w łączności z ich ciałami okaleczałymi i ranami pokrytymi. Bo też zaprawdę łączność taka istnieje rzeczywiście, jako że jesteś również jak oni członkiem Pana naszego Jezusa Chrystusa. Z tego wynika, że patrząc na zgniliznę tych nędzarzy, musisz myśleć zarazem, iż ta ohyda może być i twoim udziałem; ci nieszczęśliwi stanęli przed tobą jako prorocy, zwiastujący, że na tym świecie udziałem rodu Adamowego jest choroba i śmierć. Dlatego to westchnęłaś, Jahelo. W rzeczywistości nie mamy zgoła podstawy uważać tych żebraków, pokrytych wrzodami i robactwem, za ludzi bardziej nieszczęśliwych od królów i królowych. Nie można nawet powiedzieć, że są biedniejsi, bo tej na przykład kalece, która podniosła z pyłu i z taką rozkoszą do serca przyciska zdobyty pieniążek, wydaje się on cenniejszy niż sznur pereł dla kochanki księcia biskupa z Kolonii lub Strasburga. Gdy się zastanowimy dobrze, co jest naszym istotnym duchowym celem, to powinniśmy zazdrościć raczej losu tego nieszczęśliwego kaleki, na rękach oto pełznącego ku tobie, niż losu cesarza lub króla Francji. Równy on im w obliczu Boga, a w sercu ma może spokój, którego nie mają tamci dwaj, oraz ma nieocenione skarby niewinności. Zbierz jednak, panno Jahelo, mocno swe spódnice, bo inaczej oblezie cię jeszcze robactwo, którym, jak widzę, nędzarz ten jest pokryty.

Tak mówił mój drogi mistrz, a my nie mogliśmy dość się go nasłuchać.

Trzy mile za Montbard zerwały się lejce, pocztylionom zabrakło sznura do zreperowania ich, a że daleko było do jakiejkolwiek siedziby ludzkiej, znaleźliśmy się na dłuższy czas na drodze w położeniu bez ratunku. Pan d’Anquetil i mój drogi mistrz skracali sobie nudy tego przymusowego spoczynku, grając w karty z tą kłótliwą sympatią, która stała się już dla nich przyzwyczajeniem. Podczas gdy młody szlachcic dziwił się, że partner jego wyświeca311 króla częściej, niż pozwala rachunek prawdopodobieństwa, Jahela, dość wzruszona, odwołała mnie na bok i zapytała, czy nie widzę na zakręcie drogi powozu, równie jak nasz zatrzymanego w biegu. Rzeczywiście, patrząc w kierunku, jaki mi ukazywała, ujrzałem coś niby gotycki kocz, śmiesznego i dziwacznego kształtu.