— Ten powóz — dodała Jahela — zatrzymał się równocześnie z naszym, a zatem śledzi nas. Ciekawam zobaczyć twarze tych, co nim jadą; niepokoi mnie to bardzo. Buda tego powozu, wąska i wysoka, czyni go zupełnie podobnym do powozu, w którym mój wuj wywiózł mnie w dzieciństwie do Paryża po zabiciu Portugalczyka. Zdaje mi się, że powóz ów przechowywano w remizie zamku des Sablons; ten tu przypomina mi go zupełnie, a jest to wspomnienie straszne, bo widziałam w nim mego wuja pieniącego się z wściekłości. Nie możesz wystawić sobie, Jakubie, do jakiego stopnia jest on gwałtowny; doświadczyłam tego na sobie w dniu naszego wyjazdu. Zamknął mnie w mym pokoju, najstraszniejszymi wymysłami obrzucając księdza Coignarda. Drżę na samą myśl, w jaki stan musiał wprowadzić go widok mego pustego pokoju i prześcieradeł, po których spuściłam się z okna, aby przybyć do ciebie i z tobą umknąć.

— Jahelo! Z panem d’Anquetil, chciałaś powiedzieć.

— Ach, jakiś ty skrupulatny! Czyż nie pojechaliśmy wszyscy razem? Ale ten powóz mnie niepokoi, tak bowiem podobny jest do powozu mego wuja.

— Bądź pewna, Jahelo, że jest to powóz jakiegoś poczciwego Burgundczyka, który jedzie za swymi interesami i bynajmniej nie troszczy się o nas.

— Nie wiemy tego — rzekła Jahela. — Lękam się naprawdę.

— Nie możesz przecie obawiać się, aby wuj twój, taki zgrzybiały, pędził po rozstajnych drogach w pogoni za tobą. Zajęty on tylko kabałą i marzeniami hebraicznymi.

— Nie znasz go — odrzekła, wzdychając — zajęty jest tylko mną. Kocha mnie tyleż, ile nienawidzi wszystko inne na świecie, kocha mnie w sposób...

— W sposób?...

— Na wszelkie sposoby. Kocha mnie, i tyle.

— Jahelo, drżę, słuchając cię. Sprawiedliwe nieba! Miałżeby Mozaides kochać cię nie z tą bezinteresownością tak piękną dla starca i tak stosowną dla wuja? Powiedz wszystko, Jahelo!