— Mówisz już to lepiej ode mnie, Jakubie.

— Doprawdy, tracę rozum. W jego wieku, czyż to możliwe?

— Mój kochany, masz ciało białe i duszę takąż; wszystko cię dziwi. Ta naiwność stanowi twój wdzięk, oszukać cię może, kto tylko zechce. Powiedziano ci i ty uwierzyłeś zaraz, że Mozaides ma sto trzydzieści lat, gdy w rzeczywistości ma mało co nad sześćdziesiąt; że przebywał w wielkiej piramidzie, gdy w rzeczywistości miał bank w Lizbonie. I ode mnie tylko zależało, by uchodzić w twych oczach za salamandrę.

— Co, Jahelo, więc to prawda? Twój wuj...

— Tak, i tu jest tajemnica jego zazdrości. Uważa on księdza Coignarda za swego rywala. Instynktownie nienawidził go od pierwszego ujrzenia; ale gorzej jest jeszcze, odkąd, usłyszawszy coś z rozmowy mojej z księdzem, nienawidzi go jako sprawcę mej ucieczki i porwania. Bo przecie zostałam porwana, mój kochany, i to powinno mi nadawać pewną wartość w twych oczach. Och, byłam bardzo niewdzięczna, żem opuściła tak dobrego wuja; ale nie mogłam już znieść niewoli, w której mnie trzymał. Przy tym miałam niepowściągnioną ochotę być bogatą. Wszak prawda — bardzo naturalna to rzecz pożądać bogactw, gdy się jest młodą i piękną; mamy jedno tylko życie, i to krótkie, a mnie nie uczono pięknych bajek o nieśmiertelności duszy.

— Niestety, Jahelo — zawołałem z uniesieniem miłosnym, które we mnie nawet jej chłód wywoływać umiał — niestety, tam w zamku des Sablons na niczym nie zbywało mi przy tobie. Czegóż tobie potrzeba było jeszcze, by być szczęśliwą?!

Dała mi znak, że pan d’Anquetil nas obserwuje. Lejce tymczasem zreperowano i powóz nasz wkrótce znów toczył się między winnicami.

Zatrzymaliśmy się w Nuits dla wieczerzy i noclegu. Mój drogi mistrz wypił pół tuzina butelek miejscowego wina, co cudownie podnieciło jego wymowę; pan d’Anquetil w piciu dotrzymywał mu placu, ale zmierzyć się z nim w rozmowie – o tym ani mógł marzyć. O ile kuchnia w Nuits była dobra, o tyle nocleg kiepski. Ksiądz Coignard, nie rozbierając się, spał w izbie przy sieni pod schodami, razem z oberżystą i jego żoną, gdzie mało nie podusili się we troje. Pan d’Anquetil z Jahelą zajęli pokój na pierwszym piętrze, którego pułap obwieszony był połciami słoniny i sznurami cebuli, ja zaś po drabinie dostałem się na strych i wyciągnąłem się tam na słomie. Już po pierwszym śnie rozbudził mnie promień księżyca, który przez szpary dachu wśliznął mi się do oczu i roztworzył mi powieki właśnie w samą porę, bym ujrzał Jahelę w czepku nocnym, wchodzącą po szczeblach drabiny na mój strych. Krzyknąłem zdumiony, lecz ona położyła mi palec na ustach.

— Pst — rzekła — Maurycy spił się jak parobek lub markiz i śpi snem Noego312.

— Co za Maurycy? — zapytałem przecierając oczy.