— D’Anquetil, któżże to ma być?
— Nie wiedziałem, że na imię mu Maurycy.
— Ja sama niedawno wiem o tym; ale mniejsza o to.
— Masz rację, Jahelo, istotnie mniejsza o to.
Była w koszuli i światło księżyca jak mleko zlewało się po jej obnażonych ramionach. Wsunęła się do mnie na posłanie i w słodkim szepcie nazywała mnie to najczulszymi, to znów najbardziej rozpasanymi imionami. Potem zamilkła i zaczęła okrywać mnie pocałunkami tak, jak to ona jedna tylko umiała, pocałunkami, wobec których pieszczoty innych kobiet wydają się zupełnie ckliwe.
Przymusowe milczenie wzmagało szalone naprężenie mych nerwów; zdziwienie, radość z odwetu i może jakaś zazdrość przewrotna podniecały mą żądzę. Prężąca się krzepkość jej ciała, miękkie a gwałtowne ruchy, którymi mnie obejmowała, domagały się, obiecywały i zasługiwały na najnamiętniejsze pieszczoty. Tej nocy zaznaliśmy rozkoszy, której bezmiar graniczył już z bólem.
Zszedłszy z rana na podwórze oberży, zastałem tam pana d’Anquetil; wydał mi się mniej wstrętny, od chwili gdym go oszukiwać zaczął. On też ze swej strony zdawał się mieć dla mnie więcej przychylności niż na początku podróży. Przemówił do mnie z sympatią, życzliwością i zaufaniem, wymawiając mi tylko, że mało względów i atencji313 okazuję Jaheli i nie spieszę wypełniać jej drobnych życzeń, jak to powinien dla kobiety czynić każdy dobrze wychowany człowiek.
— Jahela skarży się na twój brak uprzejmości. Bacz na to, kochany Rożenku; przykro by mi było, gdyby zaszły nieporozumienia między nią a tobą. To ładna dziewczyna i kocha mnie niewymownie.
Powóz toczył się od godziny, gdy Jahela, wychyliwszy głowę przez okno w drzwiczkach, rzekła do mnie:
— Tamten kocz znów się ukazał. Chciałabym rozpoznać twarze dwóch siedzących tam mężczyzn; ale to mi się nie udaje.