Odpowiedziałem jej, że z takiej odległości i w mgle rannej nic widzieć nie można.
— Mam wzrok tak bystry, że poznałabym ich doskonale mimo mgły i odległości, gdyby to były naprawdę twarze; ale — dodała — to nie są twarze.
— A cóż może to być innego? — zawołałem, wybuchając śmiechem.
Teraz ona zapytała, co za cudacka myśl przyszła mi do głowy, żem się tak głupio roześmiał.
— To nie są twarze, lecz maski; ci dwaj ludzie gonią nas i są zamaskowani.
Uprzedziłem pana d’Anquetil, że zdaje się, jakoby nas ścigano w tamtej szkaradnej kolasie, ale pan d’Anquetil prosił tylko, by mu dać spokój.
— Gdyby trop w trop goniło nas sto tysięcy diabłów, jeszcze bym się tym nie zajmował, mam bowiem dosyć do roboty, gdy muszę uważać na tego wisielca księdza, który tak subtelnie wyświeca atuty i kradnie mi wszystkie pieniądze. Nie zadziwiłoby mnie nawet wcale, Rożenku, że tą karetą zagadujesz mnie tu w ciągu gry, bo jesteś w zmowie z tym starym nicponiem. Czyż każda kareta, co toczy się po drodze, zaraz ci popłochu napędzać musi?
Jahela szepnęła mi po cichu:
— Przepowiadam ci, Jakubie, że z tej karety spotka nas nieszczęście. Mam takie przeczucie, a przeczucia moje nie zawiodły mnie nigdy.
— Czy chcesz mi wmówić, że masz dar proroczy?