— Główną zaletą pułkownika de Balny, mego teścia, było to, że znał dobrze cały regulamin kawalerii z roku 1829. Regulamin ten tak najeżony był trudnościami, że niewielu oficerów znało go w całości. Później zniesiono go, co zmartwiło pułkownika de Balny i przyśpieszyło jego zgon. Zaprowadzono nowe regulaminy, niewątpliwie odznaczające się większą prostotą. Nie wiem jednak, czy dawniejszy porządek rzeczy nie był lepszy. Trzeba dużo żądać od kawalerzysty, aby cokolwiek zeń wydobyć. To samo tyczy się piechoty.

I generał począł starannie manewrować swoimi żołnierzami w pudełkach. Pani Cartier de Chalmot niejednokrotnie słyszała to samo. Dawała zawsze jednakową odpowiedź. I teraz rzekła:

— Poulot! Jak możesz mówić, że papa umarł ze zmartwienia, kiedy został on rażony apopleksją podczas inspekcji!

Stary kapelan z niewinną przebiegłością sprowadził znów rozmowę na interesujący go przedmiot.

— Ach, łaskawa pani, zacny jej ojciec, pułkownik de Balny, pewnie by umiał ocenić charakter księdza Lantaigne i pragnąłby, żeby ten ksiądz został biskupem.

— Ależ ja także, księże kapelanie, życzę mu tego — odrzekła generałowa. — Mój mąż jednak nie powinien czynić starań. Ale jeśli ksiądz sądzi, że wstawiennictwo moje może być użyteczne, powiem słówko Jego Eminencji. Nasz arcybiskup wcale mnie nie przeraża.

— Zapewne, słówko z ust szanownej pani... — mruknął staruszek. — Jego Eminencja pewnie będzie miał dla niej życzliwe ucho.

Generałowa oznajmiła, że zobaczy się z arcybiskupem na inauguracji towarzystwa „Chleba Świętego Antoniego”, którego była prezeską, i że tam...

Urwała nagle.

— Kotlety!... Ksiądz kapelan daruje...