Na słowo księdza Maurice, autora drukowanego w roku 1703 Skarbca starożytności, wierzono, że przez kilka miesięcy w 1438 r. mieszkała w tym domu Małgorzata Szkocka. Ale pan de Terremondre, prezes Towarzystwa Rolniczego i Archeologicznego, dowodzi w poważnie napisanej pracy, że dom ten zbudowano w r. 1488 dla wybitnego patrycjusza, Filipa Tricouillard. Miejscowi archeolodzy, prowadzący ciekawych przed to domostwo, pokazują chętnie — korzystając z chwilowej nieuwagi dam — wymowny herb Filipa Tricouillard62, rzeźbiony na tarczy trzymanej przez dwa anioły. Pan de Terremondre słusznie wskazuje na podobieństwo tego herbu do herbu rodziny Colleoni z Bergamo; herb ten umieszczony jest również na podpórce nad lewą futryną drzwi wejściowych. Reszta jest już mocno zatarta i rozpoznać ją mogą tylko osoby uprzedzone o jej treści. Co zaś do posągu kobiety w wieńcu, opartego o belkę pionową, pan de Terremondre łatwo wykazał, że należy widzieć w niej świętą Małgorzatę. Istotnie, u stóp świętej widać jeszcze resztki niekształtnego ciała, które może być tylko ciałem diabła; utrącona obecnie prawa ręka głównej postaci musiała trzymać kropidło, którym święta kropiła wroga rodu ludzkiego. Figurę znajdującą się na tym placu uznano za św. Małgorzatę od czasu, kiedy pan Mazure, archiwista departamentalny, wydobył na jaw dokument stwierdzający, że w r. 1488 Filip Tricouillard, liczący wówczas około siedemdziesięciu lat, poślubił Małgorzatę Larrivée, córkę starosty. Wskutek zwykłego nieporozumienia niebiańską patronkę Małgorzaty Larrivée wzięto za młodą księżniczkę szkocką, której pobyt w mieście pozostawił niezatarte wspomnienie. Mało jest niewiast, które by pozostawiły po sobie bardziej żałosną pamięć niż ta księżna zmarła w dwudziestym roku życia z westchnieniem: „Jak brzydkie jest życie!”

Dom księgarza Paillot przytyka do domu królowej Małgorzaty. Pierwotnie i ten dom miał fasadę belkowaną, tak jak dom sąsiedni, a zewnętrzne jego tramy były równie misternie rzeźbione. Ale w roku 1860 Paillot-ojciec, księgarz arcybiskupstwa, kazał dom zburzyć i odbudować na nowo w nowoczesnym stylu, skromnie, bez pretensji do bogactwa i sztuki, lecz z należytymi wygodami dla mieszkania i księgarni. Węgieł w stylu renesansu, wyobrażający drzewo Jessego63, sięgający od stóp do szczytu domu Paillot i wznoszący się na zbiegu placu Św. Eksuperego z ulicą des Tintelleries, obalono przy burzeniu domu, lecz go nie zniszczono. Pan de Terremondre odnalazł go znacznie później w jakimś składzie drzewa i zakupił dla muzeum. Jest to rzeźba w dobrym stylu. Niestety, prorocy i patriarchowie umieszczeni na gałęziach jak owoce cudowne oraz Matka Boska wykwitła na szczycie proroczego drzewa ucierpieli od terrorystów w 1793; w roku 1860 rzeźbę znowu uszkodzono podczas przenoszenia jej do składu jako drzewo na opał. Pan Quatrebarbe, budowniczy diecezjalny, rozwodził się nad tymi uszkodzeniami w swojej interesującej broszurze pod tytułem Nowocześni wandale: „Dreszcz przejmuje na myśl, że tej cennej pamiątki wieku pełnego wiary omal nie porąbano i nie spalono w naszych oczach”.

Słowa te, napisane przez człowieka, którego tendencje klerykalne były dobrze znane, ostro skrytykowała „Latarnia” w notatce anonimowej, w której słusznie czy niesłusznie poznano rękę archiwisty departamentalnego, pana Mazure. „W dwudziestu słowach — mówi ta notatka — pan budowniczy diecezjalny daje nam niejeden powód do zdziwienia. Po pierwsze, jak można drżeć na myśl utraty belki nieosobliwie rzeźbionej i tak zniszczonej, że szczegóły rzeźby są prawie zatarte? Po wtóre, jak belka ta dla pana Quatrebarbe, człowieka znanego z wykształcenia, może być relikwią wieku pełnego wiary, skoro pochodzi ona z r. 1530, to jest z roku soboru protestanckiego w Augsburgu? Po trzecie, dlaczego pan Quatrebarbe zapomina dodać, że cenną tę belkę zwalił i do składu odesłał teść pana Quatrebarbe, pan Nicolet, architekt diecezjalny, który w r. 1860 przebudował dom pana Paillot i doprowadził go do obecnego stanu? Po czwarte, pan Quatrebarbe udaje, iż nie wie, że to właśnie archiwista Mazure odnalazł rzeźbioną belkę w składzie Clouzot, gdzie od dziesięciu lat gniła sobie pod nosem pana Quatrebarbe, i że on to wskazał ją panu de Terremondre, prezesowi Towarzystwa Rolniczego i Archeologicznego, który nabył ją dla muzeum”.

W obecnym stanie dom pana Paillot, księgarza, był trzypiętrową białą i gładką kamienicą. Na sklepie z zielono malowanymi drewnianymi oknami błyszczał złocony napis: „Księgarnia A. Paillot”, w oknie wystawowym widniały globusy różnych wielkości, pudełka z cyrklami, książki szkolne, małe podręczniki dla miejscowych oficerów tudzież kilka romansów i najświeższych pamiętników, które pan Paillot nazywał literaturą. Drugie okno, węższe i płytsze, wychodziło na ulicę des Tintelleries i zajęte było na dzieła rolnicze i prawnicze, które razem z poprzednimi zaspokajały umysłowe życie stolicy departamentu. W samym sklepie na półkach leżały utwory literackie, powieści, krytyki, pamiętniki.

„Klasycy” zalegali przegrody szaf; w samej głębi, przy drzwiach wiodących na schody, były półki zarezerwowane dla starych książek. Bo sklep pana Paillot był księgarnią i antykwarnią zarazem. Ten ciemny kąt z książkami ściągał okolicznych bibliofilów, którzy nieraz robili tu prawdziwe odkrycia. Opowiadano, że pan de Terremondre, ojciec obecnego prezesa Towarzystwa Rolniczego i Archeologicznego, odnalazł tu w 1871 r. egzemplarz trzeciej księgi Pantagruela w edycji oryginalnej, dobrze zachowanej. Jeszcze bardziej tajemniczo mówiono o jakimś Mellin de Saint-Gelais64, na którym na odwrotnej stronie karty tytułowej znajdować się miały własnoręcznie pisane wiersze Marii Stuart. Książkę tę znaleźć miał w tym samym czasie i miejscu pan Dutilleul i kupił ją za trzy franki. Ale odtąd nikt nie wspominał już o nowych cudownych odkryciach. Cichy kącik antykwarski wcale się nie zmieniał. Widziano w nim zawsze Historię powszechną odkryć i podróży w pięćdziesięciu sześciu tomach i pojedyncze tomy Woltera w dużym formacie. Co do odkrycia pana Dutilleul, to wielu o nim wątpiło, a inni wprost mu przeczyli. Ci ostatni opierali swój sąd na tym, że były rejent mógł skłamać przez próżność, oraz na fakcie, że po śmierci pana Dutilleul w jego bibliotece nie znaleziono śladu egzemplarza poezji Mellin de Saint-Gelais. Bibliofile miejscy, stali bywalcy księgarni Paillot, mimo to dalej szperali w kącie ze starymi książkami co najmniej raz na miesiąc. Najwytrwalszym był pan de Terremondre.

Był to dobrze skoligacony właściciel rozległych dóbr w departamencie i hodowca bydła tudzież znawca sztuki. On to rysował kostiumy historyczne dla pochodów i przewodniczył w komitecie zorganizowanym dla wzniesienia pomnika Joanny d’Arc na Wałach. Cztery miesiące roku spędzał w Paryżu. Mówiono, że lubi się zabawić. Mając lat pięćdziesiąt zachował wysmukłość i elegancję. Był dobrze widziany w towarzystwach i kilka razy ofiarowywano mu mandat poselski. Odmawiał zawsze, mówiąc, że drogi mu jest spokój i niezależność. Zastanawiano się powszechnie nad powodem tej odmowy.

Pan de Terremondre zamierzał nabyć dom królowej Małgorzaty, by urządzić w nim muzeum miejscowych zabytków archeologicznych i ofiarować je miastu. Ale właścicielka tego domu, wdowa Houssieu, nie godziła się na sprzedaż. Była to kobieta osiemdziesięcioletnia, żyła w starym domostwie sama z tuzinem kotów. Uchodziła za bogatą i skąpą. Trzeba więc było czekać jej śmierci. Ilekroć pan de Terremondre wchodził do księgarni, pytał pana Paillot:

— Cóż, królowa Małgorzata przebywa jeszcze na tym świecie?

A pan Paillot odpowiadał zawsze, że skoro w tym wieku mieszka sama, niechybnie któregoś ranka ludzie zastaną tylko jej trupa. Tymczasem bał się, aby staruszka nie podpaliła swego domostwa. Było to jego ustawiczną zmorą. Żył w trwodze, aby nie spaliła swojej rudery i jednocześnie jego domu.

Wdowa Houssieu bardzo interesowała pana de Terremondre. Ciekaw był wszystkiego, co robi i mówi ta, którą nazywał królową Małgorzatą. Ostatnim razem, kiedy był u niej, pokazała mu kiepski sztych z epoki Restauracji. Sztych przedstawiał księżnę d’Angoulême przyciskającą do serca medalion z portretem Ludwika XVI i Marii Antoniny. Sztych ten w czarnej ramce zawieszony był w sali na parterze. Wdowa Houssieu pokazując go powiedziała: